Menu

Słońce Podkarpacia

Prawica, lewica, zadnica

kmsmat

W ramach odpoczynku od polityki dziś zajmę się metapolityką. Czyli swoistą teorią polityki, a przynajmniej niektórymi jej aspektami. Najczęściej scenę polityczną usiłuje się dzielić na dwa skrzydła – prawe i lewe, czasem dodając centrum, które ma być jakoby między nimi pośrednie. Sposobów podziału na lewicę i prawicę jest multum, ale wszystkie mają jedną charakterystyczną cechę - bardzo niewiele mówią o przedmiocie dzielonym, a sporo o podmiocie dzielącym. Jeśli na przykład zetkniemy się z opinią, że PiS i PO to partie lewicowe, nic konkretnego nam to o programach tych partii nie powie, ale z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, że autor takiej opinii jest korwinistą. Podobnie jeśli usłyszymy, że SLD to centroprawica, nic konkretnego o poglądach przeciętnego SLDowca się nie dowiemy, ale w ciemno możemy strzelać, że mamy do czynienia jakimś radykalnym socjalistą. Ba, możemy się nawet zetknąć z podziałem, w którym PiS, PO, SLD i KPP będą określone jako prawica. Oznacza to, że trafiliśmy na prawdziwego białego kruka, czy inne cielę z dwiema głowami, czyli „lewicowego libertarianina”. Czemu tak? Ano temu, że większość tych podziałów nie służy jakiemukolwiek porządkowaniu rzeczywistości, a jedynie celom autoerotycznym, czyli dowartościowaniu się na zasadzie „my som jedynie słuszna i prawdziwa lewica/prawica”. Ponadto służą one jako intelektualny łom w dyskusjach okołopolitycznych. Zasadniczo zjawiska takie występują głównie na głębokich ekstremach, jakoś niewielu masturbuje się własną jedynie słuszną i prawdziwą centrowością.
Istnieje oczywiście podział mainstreamowy, który jest użyteczny, bo większość użytkowników jakoś instynktownie wyczuwa jakąś głęboką więź między ogolonymi na łyso łebkami pitolącymi o centralnie sterowanych odżydzonych korporacjach, a zboczonymi dziadami w muszkach bełkoczącymi o całkowicie wolnym rynku, który zapanuje, gdy baby przyspawa się do zlewozmywaków, a także między zwolennikami pełnego państwowego zamordyzmu jak w złotym wieku epoki Bieruta i anarchizującymi skłotersami budującymi alternatywne bezpaństwowe społeczeństwo za bilety Narodowego Banku Polskiego wyżebrane w społeczeństwie nieco mniej alternatywnym. W istocie te podskórne pokrewieństwa wyczuwają i sami rzeczeni, co łatwo poznać po zadziwiająco częstych przepływach działaczy, nieukrywanych sympatiach, wyborczych koalicjach, w ostateczności po podejściu typu „oni to faktyczni prawica/lewica, ale wypaczona, to my jesteśmy ci jedynie słuszni i prawdziwi". Niemniej sens tego zwyczajowego podziału mało kto potrafi jakoś w sposób mający ręce i nogi wytłumaczyć.
Z uwagi na problemy związane z wyraźną nieliniowością sceny politycznej próbowano i innych metod podziału. Był na przykład podział trójskrzydłowy dzielący spektrum na indywidualizm (prymat wolności jednostki), kolektywizm (prymat dobra wspólnego) i organicyzm (prymat naturalnej struktury społecznej). Jest on jednakże rzadko spotykany, bo w sumie nie wiadomo po co wyróżniać ten organicyzm będący w zasadzie osadzonym w tradycji kolektywizmem. Z tego względu stosują go głównie konserwatyści, którym rzeczony organicyzm pozwala się zdefiniować jako coś odrębnego od pobożnej wersji nielubianych kolektywistycznych socjalistów, co właściwie plasuje to w kategorii podziałów autoerotycznych.
Modny ostatnimi czasy jest podział dwuosiowy. Czyli mamy dwie, dosyć mętnie zdefiniowane prostopadłe osie, jedna zwykle odpowiada za kwestie ekonomiczne (od etatyzmu do leseferyzmu) a druga światopoglądowe (od rygoryzmu do libertynizmu). Faktycznie jest on dość wygodny, jednak podskórnie można wyczuć, że jest to jednak pewne uproszczenie, produkuje też pewne bzdury. Przykładowo zarówno faszyzm jak i komunizm wpadają tu do jednej ćwiartki rygorystyczno-etatystycznej, mimo dość oczywistych różnic, natomiast ćwiartka libertyńsko-etatystyczna jest zasadzie pusta, centralne planowanie i związki partnerskie po prostu nie chodzą w parze. Można się więc zastanowić, czy nie udałoby się stworzyć osi lepiej oddających rzeczywistość. Jedna z nich wydaje się być w miarę oczywista. Chodzi tu o proste kontinuum kolektywizm-indywidualizm. W pewnym stopniu odpowiada ona tradycyjnej osi gospodarczej, ale bynajmniej nie jest to proste, bezpośrednie przełożenie. Socjal na ten przykład, jest kojarzony raczej z etatyzmem, niemniej do kontinuum indywidualizm-kolektywizm ma się dosyć prostokątnie, a można nawet zaryzykować tezę, że jakoś tam koreluje z biegunem indywidualistycznym - w krajach o generalnie wolnej gospodarce i liberalnym systemie społecznym socjal jest zwykle wyższy niż w centralnie planowanych zamordyzmach. Pierwszy powód tego stanu jest względnie prosty – to kosztuje, a w etatyzmie pieniędzy notorycznie brakuje. Drugi wynika z samych fundamentów ideowych – w kolektywistycznym podejściu inwalidzi, nie radzący sobie i podobni nieprzystosowani są w istocie obciążeniem dla wspólnoty (wspomnijmy zresztą do bólu kolektywistyczną III Rzeszę..), państwową pomoc dla takich osób w istocie łatwiej uzasadnić na gruncie podmiotowości jednostki (właściwie to jest bardziej jakiś personalizm, niż indywidualizm, ale obie osie są na tyle zbieżne, że można je potraktować w uproszczeniu jako jedną). Niemniej spora korelacja z osią gospodarczą jest nieunikniona, mocne wychylenie w stronę indywidualizmu musi pociągać za sobą sporą wolność gospodarczą, a w stronę kolektywizmu spory etatyzm i interwencjonizm.
Z drugą osią jest i łatwiej i trudniej. Łatwiej bo od razu widać, że to co tradycyjnie jest tu proponowane to tylko uproszczenie jakiejś głębszej rzeczywistości, trudniej bo trudniej dojść o co właściwie chodzi. Wiele historycznych sporów daje się objaśnić przez opozycję elitaryzm-egalitaryzm. Nawet nieźle koreluje to z podziałem na prawicę i lewicę – konserwatywna prawica starej daty była do bólu elitarna, z kolei komunizm to egalitarny walec równający wszystko jak leci. Czasami jednak są z tym podziałem problemy. Trudno na przykład jednoznacznie przypisać tu głębokie totalitaryzmy, które wykazywały sporo elitarnych tendencji (przewodnia rola partii, awangarda klasy robotniczej, etc), ale miały też mocno egalitarne akcenty. Czasami występowały też cuda dziwy jak polska demokracja szlachecka, czyli szeroka elita epatująca wewnętrznym egalitaryzmem. Problem jest też z takimi tworami jak niewolnicze stany na południu USA, gdzie z jednej strony o egalitaryzmie ciężko mówić, z drugiej "elita" obejmowała ponad połowę społeczeństwa. Właściwie chyba mamy tu dwie mocno skorelowane, ale nie tożsame osie, jedną mierzącą poziom elitaryzmu, a drugą egalitaryzmu. Kiepsko też się to sprawdza blisko centrum, współczesny mainstream polityczny to jak leci względny egalitaryzm, niemniej różnice ideologiczne są dostrzegalne.
Jako rozwiązanie proponowałbym tu oś „inkluzywizm-ekskluzywizm”, czyli po prostu społeczeństwo otwarte-zamknięte. Podział ten ma tą zaletę, że ten elitaryzm i egalitaryzm w sobie mieści, ale tłumaczy też nieźle przypadki problematyczne. Bardzo wyraźnie widać tu np. różnicę między faszyzmem i komunizmem, łatwo zaklasyfikować ustrój CSA, można rozeznać się w dzisiejszej mocno postpolitycznej rzeczywistości.
Sumarycznie wyglądałoby to tak:
1) Oś indywidualizm-kolektywizm określa jak społeczeństwo funkcjonuje, czy opiera się na podmiotowości jednostki i przedmiotowości zbiorowości, czy odwrotnie.
2) Oś inkluzywizm-ekskluzywizm określa jak społeczeństwo jest definiowane, czyli kto do niego należy.
Jak by to wyglądało w praktyce. Mamy cztery ćwiartki.
1) Inkluzywistyczno-indywidualistyczna obejmuje różne wariacje w temacie lewicowo-liberalnym. Tu leży socjaldemokracja (bliżej osi drugiej), socliberalizm (gdzieś w środku), progresywny liberalizm (bliżej pierwszej), lewicujące anarchizmy (gdzieś w skrajnym narożniku).
2) Ekskluzywistyczno-indywidualistyczna. Tu podpadają różne wariacje w temacie konserwatywnego liberalizmu.
3) Inkluzywistyczno-kolektywistyczna. Tu socjalizm, komunizm i podobne.
4) Ekskluzywistyczno-kolektywistyczna. Tu tradycjonalny konserwatyzm (bliżej osi drugiej), faszyzm (bliżej osi pierwszej), nazizm (w skrajnym narożniku).
Pewne ideologie wypadną w okolicach samych osi nie zachodząc zbyt mocno na konkretną ćwiartkę. Na osi pierwszej:
1) Po stronie indywidualizmu liberalizm, na skraju libertarianizm.
2) Po stronie kolektywizmu różne populizmy typu Peron, Lepper i podobne. Gdzieś na skraju Pol Pot.
Na osi drugiej:
1) Po stronie ekskluzywizmu różne ewolucyjne konserwatyzmy w stylu Edmunda Burke’a.
2) Po stronie inkluzywizmu różne lewicowe wynalazki w stylu Mahatmy Gandhiego.
Warto zauważyć jedną rzecz: tradycyjny podział lewo-prawo praktycznie pokrywa się z osią drugą. Co prawda pierwsza jest bardziej widoczna „po objawach”, ale druga odwołuje się do silniejszych emocji. W paradzie równości zobaczymy maszerujących razem socjalistów i postępowych liberałów, w paradzie normalności narodowych socjalistów i kolibrów. Kombinacje według osi pierwszej są bardzo rzadkie (anarchiści i kolibry na marszu wolnych konopi?) a i nie wiadomo, czy towarzystwo nie rzuci się sobie do gardeł. Przepływy działaczy wzdłuż osi pierwszej wydają się też łatwiejsze i mniej zobowiązujące. Taki Wipler przeniósł się od koliberalnego Korwina do socjalkonserwatywnego PiSu, ale jakby jedną nogą u tego Korwina został i łatwo mu było wrócić. Zwraca też uwagę przypadek dosyć skrajny, mianowicie prorosyjska Zmiana tworzona przez byłych korwinistów i prawicowe skrzydło Samoobrony, przykład naprawdę wymowny. Z kolei gdy taka Pitera migrowała od Korwina do PO (czyli wzdłuż osi drugiej), było to dość radykalne zerwanie z politycznymi poglądami.
Na koniec czemu każda skrajność jest szkodliwa. Co będzie jeśli przedobrzymy z indywidualizmem – ano szlag trafi społeczeństwo. Libertariański raj jest po prostu niewykonalny, skończy się drugą Somalią. Jeśli z kolektywizmem – ano będziemy biedni. A zapewne też mocno przestraszeni. Zresztą ten kraj już poprzerabiał. Jeśli przesadzimy z ekskluzywizmem - zapewne wpadniemy w jakiś gorszy sort Polaków, który faktycznie będzie miał gorzej, albo w lepszy sort, który będzie miał z początku lepiej, ale po zmianie władzy możemy mieć ciężkie problemy. W skrajnym przypadku albo będziemy zbierać bawełnę, albo dla nas będą zbierać bawełnę, a po rewolucji zgilotynują. Jeśli przesadzimy z inkluzywizmem pojawia się problem z tymi, którzy partycypować jednak nie chcą. W wersji kolektywistycznej ktoś musi tą tajgę wycinać. Tak w ramach kochania polokoktowców, aż i oni nas pokochają. W wersji indywidualistycznej, dokwaterują nam do mieszkania młodego jurnego wahabitę, i spróbujmy tylko zaprotestować.
Generalnie bliżej centrum jest lepiej i bezpieczniej.

Danie dudy

kmsmat

Był sobie taki niezbyt wyrafinowany dowcip. Jakie jest ulubione danie blondynki? Danie du… tej, no, jak to jej było, danie dudy. A aktualna miłościwie nam panująca marionetkowa ekipa pacynek na sznureczkach daje w zastępstwie prezesa tej dudy jak nie przymierzając częstochowska tirówka pielgrzymce na Jasną Górę.
Kociokwik trwa, rozwija się i nabiera rumieńców. Jak u Hitchcocka, zaczyna się od rąbnięcia w mordę, a potem napięcie rośnie. Najsamprzód prezydent, który już, już zaczął się przychylać do kompromisu w sprawie TK dał się złamać prezesowi i w późnych godzinach nocnych dał dudy. Potem napięcie rosło, prezes gadał głupoty, naprędce sklecona demonstracja KODu zaskoczyła liczebnością wszystkich, ponoć liczniejsza, ale przecież zorganizowana przez doświadczony partyjny aparat demonstracja PiSu następnego dnia zasłynęła procesją ze zdechłym lisem przybitym do deski, gdzieś w międzyczasie Kempa skasowała, a dziś dudy dała premier pokazując dokładnie taki sam brak kręgosłupa jak prezydent. Jest coś fascynującego w obserwacji, jak ludzie w wieku, w którym zwykle zaczyna się poważne polityczne kariery, swoje perspektywy marnują i skazują się na polityczne i zawodowe emerytury po zakończeniu (zapewne wcześniejszym niż ustawowe) swoich kadencji. Tylko prezes, wszystko dla prezesa, nic bez prezesa, prezes prawdziwy z prezesa prawdziwego i takie tam. W zasadzie jedynym celem PiSu jest już tylko onanizowanie ego Jarosława Kaczyńskiego. Żadnych innych celów PiS nie ma i do żadnych innych celów nie próbuje nawet aspirować.
Kociokwik oczywiście zaskutkował tym, czym zaskutkować musiał, czyli spadkiem poparcia. A to ”miodowy miesiąc”, kiedy sondaże szybują i wstydem jest zejść poniżej 50%. A tu proszę, geniuszom politycznym w parę tygodni udało się z prawie czterdziestu zejść do dwudziestu paru. Ciągle jest to więcej niż jedna czwarta, ale bessa może zatrzymać się naprawdę nisko. Tymczasem kiepskie wiadomości dochodzą z gospodarki, giełda i kurs złotego lecą na pysk. Po prostu pieniądze z Polski uciekają widząc że do władzy dorwało się resortowe dziecko na spidzie czy innej amfetaminie. Prędzej czy później dotrze to do realnej gospodarki, wszyscy dostaniemy finansowo po dudzie, co oczywiście przełoży się na kolejne spadki poparcia. 20% bynajmniej nie musi być tu nieprzekraczalną granicą.
PiS zaczyna mieć problem. Jego poparcie to kilka dosyć luźno związanych grup, o różnych celach, różnych aspiracjach, różnym stopniu sprzężenia z partią:
1) Najsamprzód jest lud smoleński, który po wiadomej katastrofie odleciał w odległe mistyczne wymiary, gdzie Tusk z Putinem przy pomocy wielkiego elektromagnesu, bomby termobarycznej, rozpylonego helu, laleczki wódu, czy czego tam jeszcze rozbili Tupolewa, żeby zabić najwybitniejszego Polaka od czasów Matki Boskiej Jasnogórskiej, urodzonej około 2 tys. lat temu gdzieś pod Częstochową. Nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, że osoba najwybitniejszego Polaka w najmniejszym stopniu owych mistyków nie obchodzi i jest tylko swoistą figurą retoryczną używaną w mistycznych praktykach, coś jak sylaba Om w hinduskiej medytacji. Ile tego elektoratu jest, trudno stwierdzić, raczej nie więcej niż kilkanaście %. Jest to też jedyna grupa, na którą prezes może liczyć bez względu na wszystko. Peszek polega na tym, że średnia wieku nie odbiega tam raczej istotnie od wieku prezesa, co nie rokuje zbyt dobrze na przyszłość.
2) Kolejna grupa to ideowi prawicowcy, wierzący nie w prezesa, a w IV RP – to nie jest to samo. Czytelnicy nie tyle GP, co Ziemkiewicza, przywiązana do idei, nie do osoby. Grupa całkiem inteligentna, niezbyt rozsądna, mocno nawiedzona i bardzo nieliczna. Będzie przy prezesie stać dosyć długo, chyba że ten przesadzi z obsadzaniem stołków ubekami, konfidentami, ruskimi agentami itp. Warto zauważyć, że tacy jak już wejdą w konflikt z prezesem to stają się jego najzajadlejszymi wrogami. Właściwie gdzieś w ten schemat wpadają Giertych, czy Niesiołowski.
3) Następnie mamy różnych dziwnych popaprańców, marzących o szafotach, gilotynach, szubienicach, egzekucjach i defloracjach. Grupa zapewne średnio liczna, umiarkowanie przywiązana do prezesa, raczej niezbyt lotna. Zapewne tu wpadają dzikie ludki, które łaziły po Warszawie ze zdechłym lisem na dykcie.
4) Roszczeniowcy różnego typu. Górnicy, związkowcy, fani 500 zł. na dziecko itp. Grupa liczna, ale łatwa do utracenia, jak zwątpią lub się rozczarują to znikną. Równie dobrze mogą poprzeć Palikota czy Kukiza.
5) Ci którzy uwierzyli w miękki wizerunek z kampanii. Grupa liczna, względnie bystra, choć naiwna. W zasadzie już prezesa porzucili bo się zawiedli. Będąc nawet niezbyt aktywnym w internecie łatwo było ten odpływ zauważyć – gdzieś poznikali ci bardziej ugodowi i zdystansowani zwolennicy PiSu, zostały w zasadzie same dosyć głupie trolle.
Co teraz władza planuje z tym zrobić.. Paradoksalnie pierwszą grupę może olać, im wystarczy pokazywać raz na jakiś czas Macierewicza i najnowsze ustalenia wybitnych specjalistów z dziedziny radiestezji, psychotroniki, medycyny holistycznej i paleoastronautyki. Drugą można olać całkowicie, za mało ich aby cokolwiek znaczyli. Elementy retoryki tego nurtu będą oczywiście cały czas obecne w przekazie jako swoisty listek figowy, ale nie realizowane, bo w istocie są kierowane do innych grup w celu zaprezentowania, że reprezentuje się jakiś konkretny światopogląd. Upraszczając – po to aby robić wrażenie że ma się jakieś przekonania. Jeśli ktoś liczył na jakieś głębokie reformy to był idiotą. Trzecią grupę wystarczy utrzymywać w atmosferze ciągłej walki, nieważne z kim, z czym i o co. Rzecz jest realizowana przez agresywną retorykę i ciągłą wojnę z gorszym sortem. Czwarta jest prawdziwym problemem. I dla PiSu i dla nas. PiS po prostu musi gdzieś te pieniądze wyskrobać coby towarzystwo nie uciekło. Stąd kombinowanie z deficytem budżetowym, przesuwanie pozycji z jednego roku na drugi, oszczędności w MON, które mają iść na interwencyjny skup węgla (to nie żart) i reszta finansowej żonglerki. Do tej grupy było też skierowane pieprzenie PBS o TK, który trzeba zaorać bo zablokuje 500 zł na dziecko (świadczy to o dwóch rzeczach – po pierwsze ta grupa jest dla PiSu bardzo ważna, po drugie PiS uważa ją za bandę debili, zapewne słusznie).
Można się zastanowić, po co to PiSowi potrzebne – przecież mają większość sejmową, mogą rządzić spokojnie cztery lata. Gucio prawda, nie mogą. Ta większość to ledwie czterech posłów (na początku kadencji było pięciu). W ciągu miesiąca PiS stracił 20% marginesu bezpieczeństwa, bez którego prezesowi ostanie się już ino sznur albo seks tantryczny z Kukizem. W miarę spadku sondaży, w partii będzie narastać panika i szukanie sposobów na ewakuację z Titanica. Nie będzie to rzecz jasna masowe zjawisko – ale i wcale nie musi, w końcu to tylko czterech posłów. Po ich utracie zaczną się problemy. Oczywiście PiS może dalej rządzić, ale będzie to dużo trudniejsze. Jedna z opcji to rząd mniejszościowy. Sytuacja o tyle trudna, że przy każdej kontrowersyjnej ustawie trzeba będzie przekupywać różnych dziwnych ludzi, najczęściej kukizowców. Coś podobnego swojego czasu praktykował Miller z Lepperem i Jagielińskim, koszty były cokolwiek wysokie. Druga to koalicja. Potencjalny partner jest w zasadzie jeden, chodzi rzecz jasna o Kukiza. Ta konfiguracja jest równie problematyczna co poprzednia, trzeba by się podzielić władzą z towarzystwem zdominowanym przez regularnych wariatów. Teoretycznie nie powinno być to istotnym problemem, jest jednak jedno ale. Ich szajba zapewne nie jest kompatybilna ze szajbą jedynie słuszną, co tworzy bardzo wybuchową mieszankę. Do tego są to wariaci wysoce ambitni, z poczuciem misji, przy czym przynajmniej niektórzy raczej kiepsko strawni dla własnego elektoratu. A tu cholera wie, czy nie trzeba by było dać jakiegoś ministerstwa Liroyowi. Czy prezes jest gotowy iść na takie dość poniżające układy? Do tego Kukiz ma dokładnie ten sam problem, czyli uciekające poparcie, w pewnym momencie może się zrobić rząd mniejszościowej koalicji. Teoretycznie jest jeszcze opcja wymontowywania posłów od Kukiza, tylko do tego trzeba w sondażach stać a najlepiej rosnąć – mało kto ucieka z jednego tonącego okrętu na drugi. Kukiz będzie rozmontowywany, ale przez partie opozycyjne, w sumie bliski światopoglądowo, nie spadający już PSL i rosnącą NRP (nie przez słabnącą PO). Jest też pewna niezbyt prawdopodobna opcja, że pan muzyk dozna olśnienia, i kapnie się, że jedyną szansą na odbicie jest ostra konfrontacja z PiSem, co pozwoli przejąć sporo z wątpiącego PiSowskiego elektoratu.
Oczywiście prezesowi może przyjść do głowy opcja radykalna – rozmontowanie demokracji i wprowadzenie autorytaryzmu jak co poniektórzy wschodni sąsiedzi. Coś takiego próbuje u siebie robić Orban, a kiedyś robił Mecziar, nie jest to więc tylko wschodnia specyfika. Szanse na to są jednakże znikome, w przypadku próby w najlepszym razie skończyłoby się to psychiatrykiem. Realia są bowiem takie, że źródłem władzy nie jest żadna wola narodu. Ona jest jedynie legitymizacją. Władza pochodzi z porządku ustrojowego, prawa i procedur, a właściwie ich autorytetu i wiary w nie. Jeśli porządek ustrojowy, prawo i procedury staną się pustym pojęciem, to automatycznie przestaną tą władzę zapewniać. Pozostanie już tylko siła. A siły pozwalającej na utrzymanie władzy PiS po prostu nie ma. Może ją rzecz jasna zdobyć, ale to wymaga czasu. Putin rosyjską demokrację rozmontowywał dwie kadencje, a i dziś nie wiadomo, czy by się utrzymał, gdyby poparcie Rosjan stracił. Chyba nie, skoro wywołał kretyńską wojnę, która podbiła jego popularność, ale kraj w dłuższej perspektywie rozwali. Próba zaprowadzenia rządów autorytarnych teraz po prostu musi ponieść klęskę – bez poparcia w społeczeństwie najzwyczajniej w świecie struktury państwa się zbuntują (niekoniecznie jawnie) wraz ze społeczeństwem. Ten scenariusz nie tak dawno można było obserwować na Ukrainie. Janukowycz podtarł się ichnią konstytucją o jeden raz za dużo, i przestała ona kogokolwiek obchodzić. Obwody się pobuntowały, prawdopodobnie zbuntowało się wojsko (jadący z Dniepropietrowska pociąg z komandosami i tituszkami został zatrzymany przez paru emerytów i matki z dziećmi, co zakończyło się ofiarami śmiertelnymi wśród tituszków..), bezpieka zajęła się paleniem papierów, i nawet berkut nie był w całości lojalny. Pozostało tylko pitolenie o legalnej władzy, demokratycznym wyborze i woli narodu (coś mi to przypomina..), a w końcu ucieczka za granicę. A przecież siłę Janukowycz miał dużo większą, toć sam Putin i jego kumple z KGB, którzy o wbijaniu igieł pod paznokcie zapomnieli więcej niż zwykły człowiek wie, za nim stał. Kto stoi za Kaczyńskim, Rydzyk i Rodzina Radia Maryja? To jednak niezupełnie to samo. Bądźmy szczerzy, jeśli wyrafinowanemu i subtelnemu Janukowyczowi, z bardzo konkretnym wsparciem, w kraju o dużo niższym poziomie kultury politycznej i obywatelskiej demokracji obalić się nie udało, to tym bardziej nie uda się topornemu i niezgrabnemu Kaczyńskiemu, za którym nikt nie stoi, w kraju o z deczka wyższych standardach. Próba skończy się w najgorszym razie czymś jak majdan, tylko spokojniejszym i bez ofiar, a finałowo wywiezieniem na taczkach. JK zapewne jest tego świadom, nawet jeśli nie, jest tego świadoma większość jego partii. Ci ludzie w pewnym momencie go porzucą, gdy zorientują się, że sprawy zaszły za daleko. Pewne wykruszanie się zalecza zresztą już jest istotne, najpierw Staniszkis, potem Rydzyk, ostatnio Centkiewicz podpadł wskazując prawdopodobnego TW we władzy. W miarę spadku poparcia to wykruszanie sięgnie i samej partii.
Oczywiście jest kazus Węgier. Należy jednak pamiętać, że nawet tam demokracja nie została w istocie obalona. Nagięta, skorumpowana, ale nie obalona. Jeśli FIDESZ przegra to władzę straci. PiS może rzecz jasna dążyć do tylko takiego stanu. Ma jednak dużo gorsze warunki, aby móc grać taki wariant. Po pierwsze Orban ma autentyczne wysokie poparcie. Władzę wziął po kompletnej kompromitacji poprzedników, co jednak w naszym przypadku nie zachodzi. Po drugie węgierskie społeczeństwo jest dużo bardziej popieprzone od naszego, a nawet ukraińskiego. Oni do dziś mają swoje historyczne traumy po Trianon (teoretycznie u nas odpowiednikiem była utrata Kresów, jednak Ziemie Wyzyskane to zniwelowały), nierozliczonych strałokrzyżowców, czy cieszące się autentycznym poparciem wszy z Jobbiku (gdzie tam do nich naszym narodowcom), przy których Orban wydaje się całkiem sensowną opcją. Kaczyński nie może grać na niczym podobnym, choć widać, że mu te Węgry imponują i chciałby.
Na koniec pytanie kiedy ten kociokwik się skończy. Prognozy są pesymistyczne, na pewno nie w 2015.

Pożar w burdelu

kmsmat

Nadeszła nowa władza i trzeba się do niej jakoś odnieść. Moja opinia na dziś jest taka, że po prostu nowe wróciło – będzie z grubsza powtórka z poprzednich rządów PiSu. Czyli władza kiepska, hałaśliwa, głupia i żenująca ale sumarycznie niezbyt groźna. W żadne realne zagrożenie demokracji nie wierzę. Kaczyński nie jest drugim Putinem, ani nawet drugim Orbanem. Nie ma po prostu na to jaj. Władzy chce oczywiście jak najwięcej, ale bynajmniej nie chce tej władzy sprawować bezpośrednio. Jego sposób to nieformalny nadpremier kierujący innymi z tylnego siedzenia i nie ponoszący żadnej odpowiedzialności. Tak starał się rządzić jak siedział u Wałęsy, potem za Olszewskiego i Marcinkiewicza, a własny epizod premierowania wmusił mu niejako brat. Wyraźnie pod tym kątem jest też skonstruowany rząd Szydło - słaba premier, ministrowie od niej mocniejsi, ale w istocie pozbawieni jakiejś własnej siły i niezależnej od prezesa pozycji.
Co to oznacza dla rozwiązań ustrojowych.. Ano żadnej rewolucji nie będzie. Żadnego zapowiadanego wzmocnienia władzy wykonawczej nie będzie. Bajki o ustroju prezydenckim pozostaną bajkami. JK żadnej władzy do ręki Dudzie nie da. Taka jest po prostu logika systemu, w którym rządzi nie prezydent ani nie premier, tylko prezes. Dominującą władzą musi w tym układzie być legislatywa a nie egzekutywa. Słabiutki prezydent, słabiutki premier, ministrowie teoretycznie mocni, ale łatwi do pogonienia i wszechmocny sejm, czyli w praktyce prezes wodzowskiej partii rządzącej. Pełnia władzy, zero odpowiedzialności.
Dowcip polega na tym, że w takim układzie demokrację obalić bardzo trudno. Łatwo można ją naginać, korumpować, psuć, ale nie obalić.
Z tego też względu coraz bardziej dochodzę do wniosku, że modne ostatnio inicjatywy typu KOD są przeciwskuteczne, ci ludzie są użytecznymi idiotami i grają w istocie w to w co miłościwie panująca władza chce żeby grali. Widzą zagrożenia i problemy nie z tego kierunku co należy, co z jednej strony daje władzy duży komfort, a z drugiej dosyć skutecznie opozycję kompromituje. Miłościwie nam panujący i ich sympatycy po prostu chcą być uważani za zagrożenie dla demokracji. To daje im poczucie siły - strach jaki budzą u pogardzanych lemingów i wykształciuchów. Poseł partii rządzącej czuje, że jest polityczną potęgą, media niepokorno-onanistyczne widzą się jako wieszczów zwycięskiego porządku, przygłup w dresie ma satysfakcję gdy widzi jak pieprzonemu magistrowi pot spływa po czole. Stare dobre "nie będą się ciebie bać, będą się z ciebie śmiać".
A właśnie ostatnią rzeczą, jaką powinna robić opozycja jest traktowanie tej władzy poważnie. Bo tej władzy brać poważnie się po prostu nie da. Rządzą niedorobieni idioci, nawiedzeni paranoicy, narcystyczni onaniści i podrzędne cwaniaki. Nie Mussolini tylko Berlusconi, nie kardynał Richelieu tylko Walduś Kiepski, nie senator Palpatine tylko senator Kogut. To towarzystwo niczego nie wywróci, ot poobstawia wszelkie możliwe stołki swoimi, potem ich wypieprzy i poobstawia swojszymi, i tak w kółko będzie trwać niekończąca się rewolucja kadrowa mająca stworzyć podstawy do mitycznej rewolucji moralnej i ustrojowej. Ponieważ jednak jedyną okolicznością w której można by uznać wymianę kadr za zakończoną jest stan, w którym w kraju został sam jeden Kaczyński, bo w końcu tylko sobie może naprawdę ufać (a może i to nie?), rewolucja moralna nigdy nie nadejdzie, zresztą w takiej sytuacji nie byłaby nawet potrzebna. Do tego zostaniemy zalani tonami kretyńskiego PRu, pokazowe aresztowania o piątej rano, w asyście TV Trwam czy innej TV Republika, z których mało które skończy się skazaniem, niepokorni będą ejakulować w publicznej telewizji od rana do nocy, może nawet zostanie wznowiona nieustępliwa i bezpardonowa walka z homoseksualną propagandą teletubisiów. Raczej mniej będzie niezłomnej walki z korupcją (u przeciwników politycznych bo po co gdzie indziej), bo czasy gdy wszędzie chodziło się z kopertą jakby zaczęły przechodzić do historii i społeczeństwo nie postrzega już tego jako dramatyczny problem (aczkolwiek przy odrobinie szczęścia obecnej władzy to umknęło).
Natomiast realnych działań zmieniających zastaną rzeczywistość spodziewać się nie należy. JK mając pod kontrolą rząd i pałac prezydencki nie był w stanie przepchnąć głupiej ustawy lustracyjnej. Wypichcono na kolanie jakiś dokument, który TK wyśmiał. Podobnie było z wnioskiem o ekstradycję Mazura – amerykański sędzia przeczytał, parsknął i się papierem praktycznie podtarł. Właściwie jest bez znaczenia, czy ci ludzie są za głupi, żeby być w stanie cokolwiek naprawdę zmienić, czy im po prostu nie zależy i cała odnowa moralna jest tylko lipą do wabienia elektoratu z bólem duszy/dupy, istotne, że gdy przyjdzie co do czego robią to na odwal się i nieskutecznie. Tak więc i koncentracja na PRze nie powinna dziwić, w walce z homopropagandą teletubisiów dużo łatwiej można mniejszym nakładem pracy osiągnąć wymierne efekty. Efekty PRowe rzecz jasna, bo i po co inne.
Nie znaczy to rzecz jasna, że ta władza jest nieszkodliwa. Ona jest szkodliwa właśnie przez tą głupotę i nieudacznictwo. To w końcu ci sami ludzie za czasów których obcym wywiadom nie opłacało się inwestować w inwigilację naszego wywiadu, bo wystarczyło iść do księgarni i kupić aneks do raportu. Ci sami, którzy wywołali dla chwilowego PRowego efektu turbulencje w transplantologii. Ci sami, którzy larum podnosili na pół Europy, gdy w niemieckiej gazecie ktoś opublikował rysunek ziemniaka. Ba, ci sami, którzy oddali władzę, bo nie potrafili się rozliczyć z pieniędzy za kampanię.
Właśnie tym powinna się opozycja zająć. Nie „demokracja ginie” tylko „rządzą idioci”. Nie oporniki w klapie tylko torebki teletubisiów. Nie „precz z Kaczyńskim” tylko „Wiesław, Wiesław”. Nie „faszyści” tylko „Gierek z Partią, Partia z Gierkiem”. Obecna władza jest narcystyczna, więc na śmieszność kompletnie nieodporna. Zgłupieje, pogubi się, zacznie robić błędy, które jej się zwalą na głowę. Co chwiejniejsi wyborcy wyemigrują do innych partii, twardszy elektorat straci poczucie siły, pozostanie tylko bezsilne zaciskanie pięci i zawodzenie jak to lemingi znowu się dały zmanipulować ubekom (czy na odwrót, łatwo się w tej niepokornej grypserze pogubić). Poseł partii rządzącej straci rezon, media niepokorno-onanistyczne się zaplują, może nawet przygłup w dresie odstawi sterydy anaboliczne i trochę zmądrzeje.

Wstawaj, jest już czwarta!

kmsmat

Czwarta Rzeczpospolita. Motyw z rysunku Mleczki, który oddaje nową rzeczywistość, w której przyszło nam się obudzić. Poniżej kilka różnych refleksji, na temat tego co ulungło się na Wiejskiej po tych wyborach.
Rzecz w zasadzie była nie do uniknięcia. Że PiS władzę weźmie, było już chwilę temu oczywiste. Możliwości PO się po prostu wyczerpały. Pierwsze symptomy było widać już za wyborów samorządowych, gdy elektorat POwski masowo przepłynął do PSL. Jasne stało się po wyborach prezydenckich. Nie chodzi tu o proste znudzenie partią. PO zaczęło się po prostu intelektualnie degenerować. Nie to, żeby jej poziom kiedykolwiek był szczególnie wysoki, jak się przypomni kastrowanie pedofilów, PRowy taniec na linie z ACTA, walkę z dopalaczami na granicy prawa czy specustawę pozwalającą zamknąć w psychuszce wychodzącego więźnia na widzimisię psychiatry, napisaną pod jednego wariata, to lekkie załamanie jest nieuniknione. Ostatnio jednak towarzystwu znacznie się pogorszyło. Prowadzenie kampanii Komorowskiego, referendum JOWowe, polityka nowej premier – to wszystko było po prostu żenujące. A zastąpić tego towarzystwa nie miał kto.
Bratni PSL nie ma żadnego potencjału aby być czymś więcej niż związkiem zawodowym wójtów i sołtysów. Co więcej takiego potencjału mieć nie chce. TR rozleciał się pozostawiając jeno płacz i smród. SLD zdominowane przez ludzi niskiego polotu, ograniczonej wyobraźni a wysokiej pazerności atrakcyjne mogło być chyba tylko dla emerytów wspominających jak to za komuny było lepi, a i to tylko tych niewierzących. Rozsądniejsze siły poza parlamentem to zwykłe kanapy mieszczące się w jednym pokoju.
Oczywiście taka próżnia wyindukowała powstawanie nowych sił. Najsamprzód Kukiza, który wprowadził tyleż efektowną co żenującą zbieraninę. Rozleci się to oczywiście jeszcze szybciej od TR, a początku dekompozycji można oczekiwać zaraz po ukonstytuowaniu nowego parlamentu. Pierwsze będą pewnie jakieś klubiki narodowców i kolibrów. Zbieranina od prawej do lewej ściany, którą łączy tylko radykalizm (lub jego umiejętna symulacja), nie ma szans na stworzenie stabilnej struktury. Jedynym elementem systemu, który Kukizowi uda się wywrócić będzie Kukiz’15.
Po drugie Petru, kolejna wielka niewiadoma. Jeśli .Nowoczesna okaże się tylko grupką bankowych lobbystów to szybko przepadnie w odbycie niebytu. Jeśli czymś więcej to ma szanse na trwałe osadzenie na scenie politycznej.
Po trzecie Razem, partia która zablokowała wejście ZL do sejmu (kara boska na Nowacką za rzucenie Zandberga), czy jak kto woli nie weszła do sejmu, bo została zablokowana przez ZL (kara boska na Zandberga za rzucenie Nowackiej). Osiągnęła połowiczny sukces – załapała się na dotację. Większych sukcesów nie przewiduję, w Polsce elektorat mocno lewicowy jest cieniutki jak barszcz.
Wszystkie trzy powyższe mają pewną cechę wspólną – gromadzą szerzej nieznanych nołnejmów, po których nie wiadomo czego się spodziewać. Ma to pewien ciekawy skutek uboczny - to jedyne ugrupowania, których programy ktokolwiek czytał, bo dla wielu mogły być ciekawe, a to jedyne źródło informacji, czego te ludzie właściwie chcą. PiS, PO, ZL gromadzą ludzi znanych, po których wiadomo czego można oczekiwać, więc czytanie bzdur, które napisano na odczepne nikogo nie interesuje i nikt nie tracił na to czasu.
Ponadto są w istocie swoimi własnymi młodzieżówkami, co oznacza, że ich posłowie (pomijając Razem) nie będą dość długo umieć sobie radzić w parlamencie i mogą być łatwo rozgrywani przez starych wyjadaczy. Dlatego do wszystkich tych projektów podszedłem dość sceptycznie, wolałbym aby nowe otwarcia odbywały się raczej przez rekonfiguracje istniejących bytów, a nie projekty zbudowane od zera.
Co dalej.. Pis ma niewielką większość, bodajże pięciu posłów. Sytuacja przypomina więc mocno rząd Millera – balansowanie na granicy, a jedynego potencjalnego koalicjanta strach i wstyd nawet kijem dotykać (kiedyś Lepper, teraz Kukiz). Może Kaczyński próbować rządzić samodzielnie. Ma to jednak pewne wady. Nie może nikogo wyrzucić z partii, bo większość słabiutka. Musi liczyć się z Szydłową, bo to w sumie ona wygrała wybory, a nie on, bo to ona ma człowieka w Belwederze, no i dlatego, że konflikt łatwo może doprowadzić do utraty tej większości. A potencjał przyszłej premier jest większy niż dawnych rebeliantów - bo ona wygrała wybory, bo wyrwana PO centroprawica poprze raczej ją, a to dość liczny elektorat, bo brak jest w tej niszy jakiejkolwiek konkurencji poza PSLem (który jednak nie wychodzi poza wójtów i sołtysów z rodzinami). Kolejnym słabym punktem jest to, że Kaczyński musi się liczyć z gowinistami. Bez tych ludzi straci większość, a nie są oni zupełnie pewni. Mogą prezesa porzucić tak samo jak Tuska.
Jakoś idzie to kompensować przez wymontowywanie innych posłów. Coś da się wyrwać Kukizowi, ale nie aż tak dużo, zresztą przepływ może zachodzić w dwie strony, kolibrzy i narodowcy mogą urwać kogoś Kaczyńskiemu. Ponadto materiał ludzki w ten sposób pozyskany może być cokolwiek niskiej jakości. Do tego na charakteropatię prezesa zawsze można liczyć, PiS nie bez powodu miał w przeszłości chyba największą liczbę rozłamów wśród liczących się partii, więc takie wymontowywanie co najwyżej kompensowałoby naturalne ubytki.
Opcja druga to koalicja. Potencjalny partner jest tylko jeden – Kukiz. Zalety są oczywiste – prezes może wywalać z partii kogo tylko chce, łatwiej weźmie pod but Szydłową, łatwiej będzie konsumować przystawkę. Są i wady – trzeba dać coś ludziom równie głupim jak towarzystwo od Leppera, a dużo mniej przewidywalnym. Lub też równie cwanym, a dużo bardziej inteligentnym. A w obu przypadkach zapewne mocno kontrowersyjnym. Wyobraźmy sobie: Minister Edukacji Narodowej, Piotr Liroy Marzec. Ten scenariusz może jest lekką przesadą, ale coś w tym stylu łatwo się może przy układach z Kukiem urodzić. A kompromitacja spadnie na całą koalicję.
Z tych względów osobiście wątpię aby udało się prezesowi uciągnąć całą kadencję. Nie udało się to wspomnianemu już Millerowi, człowiekowi, który przy podobnym braku wyobraźni był jednak dużo mniej radykalny i konfliktowy. Kaczyński moim zdaniem porządzi jeszcze krócej.
Co z wielkimi przegranymi.. ZL ma problem. A właściwie SLD ma problem, bo TR się kończy, UP jest bytem w sumie wirtualnym, a Zieloni i PPS to stabilny plankton, który do funkcjonowania poza sejmem przywykł. Nie ma już złudzeń, że obecna formuła się wyczerpała i czas na zmianę przywództwa. Miller raz już sprowadził SLD z pozycji głównego rozgrywającego w polskiej polityce do sejmowego karła. Z partii wyleciał, zostali jednak jego ludzie, którzy po jakimś czasie przywrócili go na stołek. Tym razem wyprowadził partię poza parlament. Co teraz SLD może zrobić.. Bez głębokiej czystki, wręcz nocy długich noży się nie obejdzie. I to nie tylko chodzi o millerowską wierchuszkę. Czystka musi zejść niżej, w końcu ten układ kierowniczy sam się nie wybrał. Częściowo problem może sam się rozwiązać. Ludzie z pędem do korytka w jakimś stopniu sami się wyniosą, gdy korytka zabraknie. Inni zaczną kalkulować, czy aby postawili na dobrego konia. Może się to jednak nie udać.
Jest też inna opcja – masowy bunt struktur, które wyjdą i zgarniając różnych Biało-Czerwonych, Wiry i SDPLe stworzą jakąś nową formację. SLD wtedy szybko zejdzie z tego świata. Opcja jest realniejsza niż przeszłości, bo wyjście niczym już nie grozi, partia przestała zapewniać nawet namiastkę utrzymania się w polityce. Jeśli zaś i to nie odpali to jakieś rekonfiguracje poza SLD mogą nową centrolewicę wykreować. Jakichś tendencji zjednoczeniowych pomiędzy BC, WiR, SDPL, być może PD, Zielonymi, ewentualnie być może PPS oczekiwałbym w całkiem niedalekiej przyszłości.
Zwrot PO w lewo nie stanowi już dla tych procesów żadnego problemu, jest zbyt sztuczny i nieprzekonujący. Zagrożenie może być inne - .Nowoczesna może zechcieć wepchać się w tą niszę. Na razie koncentruje się na „centrowym centrum”, ale tu wiele może nie ugrać, bo to dość wąski elektorat. Centroprawica niedługo może być do wzięcia, gdy przyjdzie rozczarowanie PiSem, ale może się tu wryć ktoś inny. Centrolewica jest wolna już teraz, ale za jakiś czas niekoniecznie, co może kusić. Pewne sygnały takiego zwrotu zresztą już wystąpiły, gdy .N zaczęła przebąkiwać o świeckiej szkole, co wywołało atak zagrożonego wchodzeniem na ich poletko ZL. Petru bardzo łatwo może wskoczyć w buty Palikota, i jeśli go nie poniesie to nawet odnieść na tej niwie dużo trwalszy sukces.
Co z przegrano-wygranymi (poza sejmem, ale dotacja).. Najlepszy wynik Korwina w historii. Aż żałuję, że nie wszedł. Podebrałby trochę głosów Kaczyńskiemu, wpychając go w czułe ramiona Kukiza (pamiętamy – Piotr Liroy Marzec, Minister Edukacji Narodowej..), przez co ten cyrk krócej by trwał. Osiągnąć więcej jednak nie jest w stanie, elektorat za szybko dorasta. Opieranie sukcesu na nierozprawiczonych programistach PHP ma krótkie nogi - w końcu się rozprawiczą, może nawet przesiądą na jakiś poważny język programowania i stracą zainteresowanie głupotami.
O Razem nie ma wiele do dodania. Dobry wynik po tym jak Zandberg w debacie sprawiał wrażenie, że wie co mówi, świadczy tylko o kiepskiej kondycji ZL. Jakąś rolę mogą odegrać w lewicowych rekonfiguracjach, ale raczej jako przystawka. Są zbyt skrajni jak na ten kraj, aby stać się samoistną siłą polityczną.
Pytanie, którego nie sposób nie postawić – a co z PO? Kopaczowa chyba jest już na aucie. Pytanie kto ją może zastąpić. Schetyna to wybór równie zły, albo i gorszy. Tusk go odsunął nie bez powodu, nazwisko chłopa się przewijało w dziwnie dużej liczbie afer. Do tego dochodzi brak charyzmy, gość z kilometra wygląda jak podrzędny kombinator. A i opozycja w partii może okazać się zbyt duża. Nie zdziwiłbym się gdyby po prostu doszło do rozpadu. Albo może schetynowcy przejdą do Kukiza/Petru/Gowina. Niemniej nawet wtedy jakaś zmiana przywództwa jest niezbędna, inaczej partię szlag trafi. Zwłaszcza jeśli .N okaże się sensownym projektem, wtedy PO zostanie roztarte między Petru a jakąś nową lewicą.
Wnioski ogólne – generalnie nie jest tak źle jakby się mogło wydawać. PiS przeżyjemy, kolejny raz się skompromituje, i będziemy mieć kolejne osiem lub więcej lat spokoju. Obwoźny burdel na kółkach Kukiza się rozleci, a sam rzeczony przepadnie. Jak się elektoratowi obiecuje wszystko roz..kopulować to elektorat podatny na takie hasła po nieuniknionym ich niezrealizowaniu się rozpierzchnie, może skupiając się wokół innego wariata.
W głównym nurcie zajdą intensywne przekształcenia. Zresztą już się zaczęły. III RP wróci szybciej niż myślimy. Nie wiem skąd będzie premier po kolejnych wyborach (gdzieś między 2016 a 2018), ale raczej spomiędzy tych, którym bliżej do Michnika niż Rydzyka, a PiS wróci na swoje dwadzieścia parę procent.
Jest tylko jeden zgrzyt. Struktura wiekowa tej obecnej prawicowo-oszołomskiej leworucji. Po raz pierwszy takie klimaty zdobyły duże poparcie wśród młodych. Kiedyś przedział 20-30 lat łapał się na zielone wyspy, lewicowy liberalizm Palikowa, był optymistyczny i pozytywnie nastawiony. Dziś ta kategoria wiekowa łapie się na walki z układem i roz..kopulowanie systemu. No ale to inna generacja, dorastająca w kryzysie, bardziej pesymistyczna, agresywna i zagubiona. Palikot obiecywał wolność, równość i tolerancję. Kukiz roz..kopulowanie wszystkiego, żeby nie było niczego. Ot, nowy Kononowicz. Jeśli ten trend się utrzyma to zmierzamy w naprawdę niesympatycznym kierunku. Oczywiście nie musi tak być. Po pierwsze, hormony opadną, a towarzystwo w jakimś stopniu zmądrzeje, zwłaszcza gdy naocznie zobaczy skutki swoich wyborów. Po drugie kryzys się kończy a rośnie kolejne pokolenie, które będzie bardziej optymistyczne i pozytywne, i będzie się nabierać na Palikotów a nie Kukizów. Czego sobie i wszystkim życzę.

Między referendumem a wyborami

kmsmat

We wrześniu braliśmy udział w wie(l)kopomnym wydarzeniu – referendumie (bo referendum tego nazwać nie sposób) w sprawie wprowadzenia JOWów, i jeszcze paru innych równie nieistotnych kwestii, które tak samo prawie nikogo nie obchodziły, ale coś trzeba było dopisać, żeby nie było, że zajmujemy tylko jedną bzdurą. Impreza kosztowała ponoć koło stu baniek, frekwencja była żenująco niska i nie wynikło z tego absolutnie nic. Oczywiście na ma w tym nic zaskakującego, można się było właśnie takiego wyniku spodziewać, co najwyżej lekko zdumiewa skala porażki całej imprezy, bo można było jednak typować frekwencję półtora, a może i dwa razy wyższą. Jako że finał imprezy był spodziewany, to u przyczyny tego stanu rzeczy muszą być proste i oczywiste. Wszystko sprowadza się do tego, że ustępujący prezydent nie jest żadnym tytanem intelektu. Samo w sobie nie jest to żadnym wielkim problemem na tym stanowisku, uprawnienia z nim związane mają niewielki potencjał konstruktywny, a całkiem spory destruktywny, co sprawia, że istotna jest tutaj nie inteligencja, a stabilność psychiczna. Zasadniczo mając do wyboru małpę i wariata, lepszym kandydatem byłaby małpa. Nieszczęście może się zdarzyć, gdy sytuacja wymaga szybkiej, trafnej decyzji opartej na sensownej analizie danych, i takie nieszczęście właśnie się zdarzyło. Przyczyny decyzji o referendumie są dla wszystkich chyba jasne - Komorowski usiłował przejąć elektorat Kukiza grając na jego sztandarowym i w sumie jedynym haśle, czyli JOWach. Błąd był w zasadzie oczywisty - założono, że kukizowców to zagadnienie interesuje. Tymczasem nic na to nie wskazywało. JOWy są tematem w polskich debatach marginalnym. PO szybko o nich zapomniało, gdy okazało się, że ta kwestia dla wyborców jest kompletnie nieistotna. Protesty zmielonych zostały przez społeczeństwo kompletnie olane. Temat nikogo nie interesował poza garstką bezpośrednio zaangażowanych. Skąd więc tak imponujący wynik Kukiza po pierwszej turze? Toć JOWy były jego jedynym postulatem. Ano słowo-klucz, a ostatnimi czasy słowo-wibrator, to elektorat antysystemowy. Czyli wkurwiony na wszystko i wszystkich, domagający się zmiany, ale w sporym stopniu bez sprecyzowanych poglądów. W sumie mniej więcej taki jak sam Kukiz. Zgodnie więc z przewidywaniami przy pomocy referenduma antysystemowców przejąć się nie udało. Więcej sensu miałoby, gdyby PBK strzelił sobie irokeza, gwoździa w nosie, kolczyk w cycku i trybala na dupie. Do tego doszedł kolejny czynnik, mianowicie „co za idiota układał te pytania”. JOWów jest ileś odmian działających w dość różny sposób, i nie jest oczywiste, że zwolennik np. modelu australijskiego automatycznie będzie preferował model brytyjski nad obecny. Pytanie o finansowanie partii było już debilizmem czystej wody. Czy chcesz zmiany systemu – nosz kuźwa, zmiany na co? Sens trzeciego zaś umyka największym mędrcom, skoro zasada rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego jest podstawą samego systemu prawnego. Cóż miał zatem zrobić biedny obywatel, którego władza usiłowała zgwałcić przez uszy owym referendumem? Cóż, na każde pytanie typu „tak lub nie” w istocie jest pięć możliwych odpowiedzi: „tak”, „nie”, „nie wiem”, „nie rozumiem pytania” i „odpieprzta się”. Na karcie można było zaznaczyć jedynie dwie pierwsze, tak więc absencję należy traktować w kategoriach odpowiedzi od trzeciej do piątej. Kolejnym powodem żenującej frekwencji było zupełne porzucenie tego referenduma. PBK po wyborach natychmiast o nim zapomniał. Podobnie PO, ot towarzystwo zrobiło kupę na środku pokoju i uciekło. Główny orędownik JOWów zamiast próbować jakoś wykorzystać zaistniałą sytuację, olał kompletnie popularyzację swojego stanowiska i skupił się na dziwnych rozgrywkach z wycinaniem tych i owych z list, których logiki nie pojmą nawet ludzie rozumiejący mechanikę kwantową, z czego prosty wniosek, że JOWy Kukiza nigdy nie obchodziły i były tylko trampoliną do polityki.
Głupota okazała się zaraźliwa. Miłościwie nam panujący kontrkandydat zaproponował własne pytania, oczywiście równie głupie. Bo i cóż może znaczyć „czy jesteś przeciw zmianom w funkcjonowaniu Lasów Państwowych?". Nic, nigdy nie zmieniać? Aż kolejna asteroida rypnie w Ziemię i ludzkość wymrze jak dinozaury? Tym razem referenduma odrzucono, co w sumie z punktu widzenia odchodzącej ekipy było bezsensowne. Skoro już nie utrącono pomysłów PBK, to należało się zgodzić na dopisanie pytań i ośmieszyć się PiSowi razem z PO (odrzucenie referenduma połączonego z wyborami było taktycznie słuszne, frekwencja wyszłaby poniżej wiążącej, ale byłaby dość wysoka).
Pytanie czemu tyle popełniono durnych błędów. Same ograniczenia umysłowe PBK nie byłyby istotnym problemem, gdyby ten nie otoczył się idiotami. Najwyraźniej w pałacu prezydenckim nie było nikogo na tyle ogarniętego, żeby zaprotestować przeciwko tej bzdurze, a jeśli nawet, to było takich osób zbyt mało. Druga rzecz to wewnętrzna sytuacja PO. Jest ona partią wodzowską, czyli realizuje schemat orientalnego haremu: jest sułtan, potem długo, długo nic, a potem nałożnice i eunuchy. Tylko sułtan wyjechał na emeryturę do Brukseli, a nałożnice i eunuchy zostały, i choć jakoś próbują to ciągnąć to z braku umiejętności idzie im to cokolwiek kiepsko. Swoją drogą podobna sytuacja zapanuje w PiSie po odejściu Kaczyńskiego, tylko w jeszcze większej skali, bo tam wycinano każdego, kto choćby odrobinę wystawał ponad trawę. O tym co się będzie działo w KORWiNie po Korwinie nawet strach myśleć. W ciągu kilku-kilkunastu lat powinniśmy być świadkami kilku niezwykle zabawnych kabaretów.
Pytanie co dalej. Ostatnimi czasy nie mogę pozbyć się wrażenia, że PO chce te wybory przegrać. W sumie ma to sens, współrządzić by musiało w koalicji z Petru, PSLem i ZL, co w praktyce oznacza PO-Nowoczesna-PSL-SLD-TR-PPS-UP-Zieloni. Każdemu trzeba by dać jakiś stołek, przychylić się do jakichś postulatów, rząd byłby zakładnikiem jakichś drobnych grupek (coś jak swojego czasu układ Miller-Jagieliński), a zapewne po góra dwóch latach szlag by to wszystko trafił, a nowe wybory z dość mocną przewagą wygrał PiS. Sytuacja mogłaby być bardziej komfortowa, gdyby ZL poległo, co jest możliwe, sondaże oscylują wokół progu. PO-PSL-Nowoczesna byłoby dużo bardziej stabilniejsze. Pytanie czy jest sens na to liczyć. Na porażce ZL wszyscy korzystają proporcjonalnie do własnej siły, największym beneficjentem jest więc PiS, którego szanse na zwycięstwo gwałtownie rosną.
Alternatywą jest zwycięstwo PiS. Opcji jest sztuk dwie. Pierwsza to rząd mniejszościowy, lub z niewielką większością. Raczej niezbyt stabilny, zwłaszcza gdy poleci poparcie. A poleci, na IV RP można liczyć. Druga to koalicja. Potencjalnych koalicjantów jest dwóch - Kukiz i Korwin. Szanse Kukiza na wejście są jednak dosyć spore, poparcie ciągle wisi ociupinkę nad progiem, widać ci co mieli odejść już odeszli, a tych co zostali już nic nie jest w stanie zrazić. Korwin pewnie przerżnie, ale jakieś szanse na wejście psim swędem jednak ma. Przy obu kandydatach Lepper może nie błyszczał intelektem, ale nieskończenie ich przewyższał stabilnością psychiczną. Wpuszczenie Kaczyńskiego w taki kanał oznacza chwiejny rząd, któremu kadencja upływa na użeraniu się z wariatami. Poparcie powinno polecieć na pysk w ciągu paru miesięcy, a urosnąć opozycji. Łatwo byłoby taki rząd wywrócić w odpowiednim momencie, przeciągając paru posłów koalicjanta, a może i samego PiSu. No i daje to czas na uporządkowanie spraw we własnym ogródku, aby po najdalej połowie kadencji rząd wywrócić (albo i sam od wewnętrznego chaosu się wywróci) i samemu przejąć władzę.. Czyli jest to sytuacja niejako odwrotna do zwycięstwa PO. Ot taki urok tych wyborów – kto wygra to przegra, kto przegra to wygra.
Oczywiście taki scenariusz jest obarczony pewnym ryzykiem. Pierwsze zagrożenie jest takie, że rząd PiSu okaże się kompetentny. Szanse takiego obrotu spraw każdy musi ocenić we własnym zakresie.. Drugie to przejęcie elektoratu przez NPR Petru. Wątpię jednak aby były na to jakieś większe szanse, za bardzo to wygląda na praktyczną realizację pogłosek o „partii OFE”, czyli festiwal lobbingu. A nawet jeśli nie, to nie znaczy że w buty PO się uda wskoczyć. Budowa partii „na surowym korzeniu” grozi dużą ilością niedoświadczonych i przypadkowych posłów, łatwych w rozgrywaniu i korumpowaniu przez starych wyjadaczy (poniekąd to było jednym z istotniejszych powodów upadku Palikota. Trzecie zagrożenie to że coś się wreszcie wykluje na lewicy. Szanse też są niezbyt wielkie, może porażka ZL otrzeźwiłaby środowisko. Czwarte zagrożenie to procesy "samoorganizacji" wśród sponiewieranych aferą taśmową. Potencjalnie tu może kryć się największe zagrożenie, ale ciężko je w tym momencie oszacować. Sama dominacja PO w „obozie III RP” wydaje się być na razie nie zagrożona.
W dłuższej perspektywie czasowej zapewne jednak jakieś duże zmiany zajdą. Sytuacja wygląda na niestabilną. Wysyp nowych inicjatyw i ich względne sukcesy, wskazują, że scena polityczna szuka jakiegoś nowego punktu równowagi i w końcu go znajdzie. Ale chyba jeszcze nie teraz.

Mityczna Europa

kmsmat

Dziś wrzucę coś o historii. Tak mnie najszło.
Różnym grupom etnicznym zdarza się koloryzować swoją własną historię, nieraz w dość znacznym stopniu. Mitami lubią też obrastać ludy wymarłe, zwłaszcza gdy mało o nich wiadomo. Nieraz jedno łączy się z drugim - mitologizuje się mitycznych przodków. Generalnie brak wiedzy mitologizowaniu sprzyja, tak w tym, jak i wielu innych przypadkach.
Mitem który bardzo ponuro odcisnął się na historii Europy byli Ariowie. Plątało to się przez różne mistyczne bzdury w XIX i XX wieku, po różnych teozofiach, antropozofiach, itp. okultyzmach, aż trafiło do zakonu Tiule i stało się istotnym elementem III Rzeszy.
Źródła są mitu są w zasadzie dwa. Pierwsze to istnienie terminu w kulturze ludów indyjskich i irańskich, gdzie funkcjonował on jako pewne samookreślenie. Drugie to dostrzegane już wtedy pokrewieństwo języków indoeuropejskich.
Tu dygresja: o co z tymi językami indoeuropejskimi chodzi. Ktokolwiek był w jakimś innym kraju słowiańskim, musiał dostrzec zauważalne podobieństwo miejscowego języka do polskiego. W Czechach, na Słowacji, Białorusi czy Ukrainie po prostu idzie się dogadać, zwłaszcza po wypiciu. W Rosji, Bułgarii, czy krajach byłej Jugosławii jest już trudniej, więcej trzeba wypić, niemniej podobieństwo też jest zauważalne. O wiele trudniej dostrzec podobieństwa np. polsko-angielskie. Podobnych wyrazów jest dość sporo, ale zwykle są to oczywiste zapożyczenia z greki, łaciny, francuskiego, czy po prostu angielskie słowa w polskim. Niemniej całości podobieństw nie idzie w ten sposób objaśnić. Wyrazy oznaczające członków rodziny (poza kuzynem rzecz jasna), stany (np. stać, leżeć, siedzieć), niektóre liczebniki są dość podobne. Czasami są to podobieństwa trudno dostrzegalne, jak złoto-gold, ziarno-corn, czy znać-know. Czasem też można dostrzec w tym pewną regularność, np. polskiemu z lubi odpowiadać angielskie k lub g, jak w przykładach powyżej. To dość istotna informacja, bo takie regularne różnice występują właśnie między np. blisko spokrewnionymi polskim i czeskim, jak odpowiedniość polskiego g i czeskiego h. Wygląda to więc trochę tak, że między polskim i angielskim istnieje pokrewieństwo podobnego typu, tylko oczywiście dużo bardziej odległe. Te powiązania łączą zresztą dużo więcej języków, podobne analogie da się znaleźć w większości języków Europy (nie wszystkich), oraz Środkowego Wschodu (stąd też termin indoeuropejskie). Podobieństwa są wyraźniejsze jeśli porównuje się ze sobą dawniejsze języki, np. starocerkiewnosłowiański i łacina są podobniejsze niż polski i włoski (tak samo staropolski i staroczeski są bardziej podobne niż ich dzisiejsze postacie). Sugeruje to istnienie w przeszłości jakiegoś prajęzyka i ludu, który się nim posługiwał.
No i tego wspólnego przodka właśnie zmitologizowano i przemieszano z różnymi rasowymi koncepcjami, jakie były wtedy w modzie. Wersje mitu są w zasadzie dwie. Jedna opisuje dumnych zdobywców, konnych jeźdźców wylewających się ze stepów aby podbić spokojnych rolników. Druga, w zasadzie opisywała to samo, tylko ojczyzną nadludzia miała być północ.
Jaki jest stan obecnej wiedzy.. Wspólny przodek faktycznie istniał. Mieszkał na stepie. Był dość ekspansywny. Konia znał, ale o kawalerii można zapomnieć, jeśli już to jakieś prymitywne rydwany zaprzęgnięte do tarpanów (myszate cuś rozmiarami pośrednie między koniem a psem). Czystość rasy miał w rzyci, co zresztą widać gołym okiem. Technicznie był prymitywny, ekspansja zaczęła się jeszcze w neolicie, więc obtłukiwał kamienie jak Papuasi. Nazwa własna jest nieznana. Gdzieś w epoce brązu z jednego z odłamów tego już dość zróżnicowanego ludu wykształcili się prawdziwi Ariowie, czyli przodkowie Indoirańczyków. Zdominowali Azję centralną, skąd ruszyli na południe, podbijając Iran i Indie. Wariantami nazwy była Aria, kraina w dzisiejszym Afganistanie, Iran (od Ariana), jak i etnonim Alanów (od Arianów), dość ciekawego ludu, żyjącego w dzisiejszej południowej Rosji, który zawędrował nawet do Afryki (wraz z germańskimi Wandalami). Językowymi i częściowo biologicznymi potomkami Ariów byli Medowie, Persowie, Scytowie, Sarmaci, wspomniani Alanowie i wiele ludów Indii, zwłaszcza północnych. Dziś ludy indoirańskie to Kurdowie, Osetyńcy (potomkowie Alanów), większość mieszkańców Iranu, Afganistanu, Pakistanu, Tadżykistanu, Indii, Bangladeszu, Sri Lanki (dzielonej z nieindoeuropejskimi Tamilami) i Malediwów. Ironią losu jest, że jedynym w miarę natywnym dla Europy ludem „aryjskim” są pochodzący z Indii Romowie, których aryskie koncepcje dość mocno w przeszłości sponiewierały.
Innym dość częstym obiektem mitologizacji są Celtowie. Przypisuje się im mistycyzm, matriarchat, dominację kultu bogini matki, głęboką wiedzę i uduchowienie, bycie echem starej przedindoeuropejskiej Europy itp. bzdury.
Jest to jedna z grup indoeuropejskich, w przeszłości dominująca w zachodniej Europie (Galowie, Belgowie, Brytowie, ludy z Irlandii, centralnej Hiszpanii, północnej Italii i znad górnego Dunaju), znana też z Czech (Bohemia pochodzi od plemienia Bojów), Bałkanów (Skordyskowie, którzy złupili świątynię w Delfach), a nawet Anatolii (Galaci z listów św. Pawła). Większość z tego maksymalnego zasięgu szlag trafił, ludy celtyckie po okresie prosperity zostały zmielone między Rzymem a Germanami. Do dziś ostały się relikty w Irlandii, Szkocji, Walii i Bretanii. Matriarchalni nigdy wybitnie nie byli, a mistyczne wątki pochodzą w sumie ze średniowiecza, gdy byli już schyłkowym ludem na wyspach brytyjskich, stopniowo podbijanym przez Anglosasów. Z tego okresu pochodzi legenda o królu Arturze, oryginalnie odnosząca się do walk Brytów z Anglami i Sasami, mocno potem zniekształcona na francuskich dworach. Niemniej wikkańskie wizje to czystej wody mitologia.
Pewnym szczególnym przypadkiem tej okołoceltyckiej mitologii są Piktowie z dzisiejszej Szkocji. Dopatrywano się w nich jakiegoś reliktu z epoki kamienia, archetypicznych barbarzyńców, pozostałości przedindoeuropejskiej Europy. Niemiłosiernie eksploatowała ich fantastyka z Conanem barbarzyńcą na czele. Stan wiedzy na dziś – byli to po prostu Brytowie, którzy nie załapali się na rzymski podbój, a potem zostali roztarci między ekspansją anglosaską a gelicką (inna grupa Celtów, pochodząca z Irlandii).
Do Celtów dopisywano też Kimmerów, kierując się podobieństwem nazwy do samookreślenia Walijczyków (Cymry). Realnie nic o ich celtyckości nie wiadomo, ot, był w Antyku taki lud nad Morzem Czarnym, łupił trochę na Bliskim Wschodzie, został rozbity przez Scytów i zniknął. Zbieżność z Cymry jest czysto przypadkowa, sami Kimmerowie mogli być Irańczykami lub jakimś wymarłym ludem. Jest pewna czasowa zbieżność między ich aktywnością na południe od Kaukazu a pojawieniem się Ormian, był to jednak dość burzliwy okres i może to być czysty przypadek.
Trochę podobny przypadek to Pelazgowie, wymarły lud z antycznej Grecji. Tu także na potęgę dopisywano przedindoeuropejskość, kult bogini matki i matriarchat. Realnie wiemy o nich mało, zachowało się kilka imion i nazw miejscowych. Ciekawostką jest występowanie w tych imionach rdzenia teuta- znanego głównie z języków Celtów, wymarłych ludów Italii i wschodniego wybrzeża Adriatyku (czyli indoeuropejskie, ale z innej grupy niż Grecy). Matriarchatu także nie udało się potwierdzić. Według dość ciekawej hipotezy, jakiś ich odłam zawędrował do Palestyny i zasymilowany przez semickie podłoże dał początek Filistynom (egipskie źródła opisują moment ich przybycia i wyraźnie wyprowadzają z okolic Morza Egejskiego).
W pewnym stopniu w tę tendencję wpisują się Baskowie. Lud ten jak wiadomo przetrwał do dziś, ale jest nietypowy dla regionu. Język baskijski nie jest indoeuropejski. Nie jest to też jakaś późniejsza migracja, jak Arabowie, Turcy, czy Węgrzy. Na półwyspie iberyjskim Baskowie ewidentnie poprzedzili ludy romańskie (Hiszpanów z przyległościami) pozostałe w spadku po Imperium Romanum. Już wantyku w okolicach Pirenejów opisywano plemię Vascones, będące ewidentnym przodkiem owych Basków. Jest to więc autentyczny relikt dość odległej przeszłości. Dalej jednak zaczynają się schody. W Baskach widziano potomków łowców-zbieraczy z paleolitu, przybyszy z Atlantydy, oczywiście nie zabrakło kultu bogini matki i matriarchatu. Atlantydę rzecz jasna możemy sobie darować. Paleolit chyba też – po pierwsze tych paleolitycznych zasiedleń było kilka, po drugie neolityczni rolnicy z Bliskiego Wschodu dość skutecznie większość Europy zdominowali, a południe to już absolutnie. Prędzej tym reliktem paleolitu byliby sami Indoeuropejczycy uchowani gdzieś na północnym wschodzie kontynentu. Problemy są też z wyprowadzaniem Basków z tych wczesnych rolników – tych fal też było kilka, a niektóre wręcz dopiero w epoce brązu, czyli w momencie, gdy Indoeuropejczycy Europę w zasadzie zdominowali (tu kłaniają się nieindoeuropejscy Etruskowie, którzy na przełomie epok brązu i żelaza przybyli z okolic Morza Egejskiego do dzisiejszej Toskanii, zresztą w ramach tych samych wędrówek ludów które miały zawlec Filistynów do Palestyny). Generalnie jednak okoliczności pojawienia się Basków to enigma, przedneolityczne datacje można jednak z góry odrzucić.
Trochę inna kategoria to rumuńska mitologia w temacie Daków. O Dakach wiadomo niezbyt wiele (cóż za zaskoczenie), w starożytności plątali się w okolicach dzisiejszej Rumunii, założyli efemeryczne państwo i zostali rozjechani przez Rzymian. Jakieś niezależne resztki uchowały się nad Dniestrem i Cisą, nie przetrwały jednak okresu Wędrówek Ludów. Język jest nieznany, ot parę imion i nazw miejscowych. Zasadniczo narracja wygląda tak – byli dzielni Dakowie pod wodzą dzielnego króla Decebala, których napadł i podbił dzielny cesarz Trajan, a z pomieszania Daków i Rzymian oraz romanizacji tubylców narodzili się Rumuni. W skrajnej wersji mit zakłada, że Dakowie także mówili po łacinie, nie było więc żadnej romanizacji, aczkolwiek po upadku Ceausescu to ekstremum wypadło z głównego obiegu. Wersja bez skrajności brzmi nawet rozsądnie, są z nią jednak pewne problemy. Po pierwsze Dacja była kontrolowana przez Rzym dosyć krótko, na romanizację było trochę mało czasu. Po drugie, przez ten teren po ewakuacji władzy rzymskiej przewaliło się trochę ludów - Gotów, Hunów, Gepidów, Pieczyngów, Połowców itp.; niemniej w rumuńskim nie pozostał po tym żaden ślad. Jest za to sporo zapożyczeń słowiańskich, ale z dość późnej epoki. Po trzecie, pierwsze wzmianki, które da się powiązać z wczesnymi Rumunami dotyczą terenów na południe od Dunaju, z grubsza w okolicach dzisiejszej Macedonii z przyległościami. Po czwarte rumuński nie ma śladu kontaktu z Gotami, ale można w nim znaleźć pewną liczbę starych zapożyczeń albańskich, co ciekawie koreluje z wzmiankami z poprzedniego punktu. Po piąte na północ od Dunaju nikt za bardzo Rumunów nie widział przed X wiekiem, a w większych ilościach przed najazdem Mongołów Batu Chana, którzy zrobili tu demograficzną jesień z dupy średniowiecza. Jak to poskładać.. Ano pewnie było tak. Rumuni wykształcili się gdzieś na południowym zachodzie Bałkanów na bazie ludności łacińskojęzycznej zdemolowanej przez wędrówki ludów, szczególnie ekspansję słowiańską. Do dziś mieszkają tam reliktowe rumuńskojęzyczne grupy Wlachów i Arumunów. I tak sobie tam trwali, aż Mongołowie nie wyludnili terenów na północy, co Rumuni wykorzystali do zaludnienia nowych ziem. Ciekawie wygląda też kwestia tej bałkańskiej ludności łacińskiej, z której mogą pochodzić. Popularny pogląd głosi, że cesarstwo rzymskie rozpadło się na dwie części: łacińskojęzyczną zachodnią i greckojęzyczną wschodnią (Bizancjum). Nie do końca jest to prawda. Wczesne Bizancjum też było łacińskojęzyczne. Początkowo dominowali w nim nie Grecy a Latynowie skupieni głównie na zachodzie Bałkanów. Ten stan uległ zmianie, gdy ekspansja Awarów i Słowian dokumentnie ten zachód spustoszyła redukując owych Latynów do poziomu dość prymitywnych górskich pasterzy. Może więc nie Trajan i Decebal a Justynian?
Dość zbliżony charakter mają dość popularne w Albanii poglądy widzące w Albańczykach potomków Ilirów. Sami Ilirowie zwyczajowo są ludem o którym wiadomo cokolwiek mało. Nie znamy ich języka poza garścią onomastyki. Wiemy że siedzieli w okolicach północnej Albanii i Czarnogóry. Nie wiemy jak byli powiązani z innymi wymarłymi ludami zachodnich Bałkanów. Zwyczajowo do Ilirów wliczano też Dalmatów, Panonów, Dardanów, Japygów (Apulia) i Wenetów; niemniej wenecki i messapijski (jedno z plemion Japygów) trochę znamy i nie są wybitnie podobne ani do siebie, ani do albańskiego. Rzecz jest o tyle istotna, że Japygowie jakby wydają się być jakąś iliryjską kolonią po drugiej stronie Adriatyku. Nie za dobrze wygląda też kwestia tubylczości Albańczyków dla ich dzisiejszych terenów, albańskie nazewnictwo geograficzne tworzy tam dosyć młodą warstwę, nazwy łacińskie są starsze i nie wykazują śladów archaicznych albańskich zmian fonetycznych (jakby Albańczycy pojawili się tam później). Co prawda już Klaudiusz Ptolemeusz znał tam jakichś Albanoi, ale Albańczycy poza peryferyjnymi grupami tej nazwy nie znają, mogło dojść do transferu z jednego ludu na inny. Z drugiej strony od jakiegoś dawnego bałkańskiego ludu oni zapewne pochodzą, świadczą o tym choćby bardzo archaiczne greckie zapożyczenia. Zapewne jednak od innego niż Ilirowie, położonego dalej na wschód (Trakowie?), a do przesunięcia na dzisiejsze tereny doszło w trakcie wędrówek ludów na przełomie antyku i średniowiecza. Rzecz jest o tyle ciekawa, że te tereny dziś mogą uchodzić za pipidówkę i anus mundi, ale wtedy to był sam środek cywilizowanej Europy, pomiędzy Grecją i Italią. Brak historycznych wzmianek jest więc tu co najmniej zastanawiający.
Wszystkich etnicznych mitów tu rzecz jasna nie przedstawiłem, ale chyba nie pominąłem żadnego istotnego, poza naszymi własnymi. Ale o tym może kiedy indziej.

Rok cudów

kmsmat

Cóż, mamy rok cudów. Scena polityczna przeżywa jakieś przesilenie, które sprawia, że wszelkie prognozy mogą się w ciągu miesiąca dezaktualizować. W pierwszym półroczu cuda były związane rzecz jasna z kampanią prezydencką. Tak więc Komorowski przepieprzył pierwszą turę, co długo wydawało się niewyobrażalne. Z rozpędu przepieprzył i drugą. Prezydentem został dość nijaki człowiek nikt, który wpisując się w tradycje drugich Japonii, drugich Irlandii etc. obiecał drugą Grecję. Na trzecią siłę (przez jakiś czas) wysforował się muzyk, którego dusza (czy też d..a) boli, w związku z czym obiecał że wszystko rozpierniczy, żeby nie było niczego.
Co się zmieniło od tego czasu, co stoi w miejscu, co się urodziło, a co zdechło..
PiS najwyraźniej nadal ma ten swój szklany sufit gdzieś na poziomie >30%. Wynik bardzo wyśrubowany, utrzymywany z wielkim trudem poprzez chowanie w szafie prezesa i paru podobnie kontrowersyjnych postaci. Na front wystawiono miłą, spokojną, nie sprawiającą wrażenia radykalnej Beatę Szydło. Ogólnie jedna wielka akcja udawania, że nie jest się PiSem tylko jakimś PJNem. Nie mam zielonego pojęcia na ile autentyczna, osobiście wątpię i sądzę, że po wyborach Jarek z Antkiem z tej szafy wylezą i i schowają w niej Szydłową, choć z drugiej strony groziłoby to zepsuciem stosunków z elektem.
PO najwyraźniej odzyskuje stracony teren. Kukizowi spada, Kopaczowej rośnie, przepływ jest chyba oczywisty. Zasługa bardziej Kukiza niż Kopaczowej. Niemniej do wyborów PO może pod 30% wrócić. Aczkolwiek im dalej tym trudniej, bo pierwsi od Kukiza uciekli wkurzeni centrowi i lewicowi.
Sam Kukiz najwyraźniej pogubił się w dryblingu. Perturbacje ze składem ruchu na dziś wyglądają tak, że zasadniczo pozbył się dawnych współpracowników – dolnośląskich samorządowców, guziałowców, JOWowców, sierotek po Samoobronie itp. Zamiast nich podobierał sobie ludzi z KNP, czyli korwinowców, których nawet Korwin nie chciał, ludzi z CASu (ludzie, którzy o gospodarce gadają z grubsza to co Korwin, ale spójniej i nie hajlują), jakichś niskorangowych narodowców i związkowców. Generalnie wygląda to trochę jak partia dla skinheadów, do tego niezbyt spójna. Podejrzewam, że wylazły tu na wierzch prawdziwe poglądy Kukiza, co mnie lekko zaskoczyło, brałem go jednak za odlecianego w piąty wymiar centroprawicowca, a nie prawackiego radykała. Generalnie zaczyna to wyglądać tak, że z tych 20% już zrobiło się około 10, a docelowo zrobi się 5. Może trochę więcej (np. 7), może trochę mniej (np. 0). Smaczku całej sytuacji dodają pogróżki odsuniętych, że jak Kukiz ich nie przeprosi i nie przywróci, to niech sam sobie robi kampanię, a w ogóle to oni sami pójdą do wyborów. Cóż, zmieleni przez Kukiza mogą, choć nie muszą, sprawić niespodziankę, coś z tych odpływających przechwycić i próg przeskoczyć. Niewątpliwym atutem są struktury, a przynajmniej materiał na nie. Problemem jest zafiksowanie na JOWach. Z jednej strony trudno to zdjąć z piedestału, skoro tyle się o tym gadało, a i sporo struktur na tym ideowo stoi, z drugiej bądźmy szczerzy – to bzdura, która mało kogo na serio obchodzi i ciężko zrobić z tego myśl przewodnią. To znaczy – można, tylko nikogo to nie obejdzie.
Gdzieś tam niczym supernowa przebrzmiała i zgasła gwiazda Korwina. Swoje zrobił gnojownik w prywatnym życiu, dzikie wygibasy z wystąpieniem z własnej partii (właściwie z zostaniem wystąpionym prze Wiplera, który chyba jest głównym architektem tych cyrków i manipuluje krulem jak chce), jak i objawienie Kukiza, który przejął wariatów z bólem duszy (czy też d..y). Szlag też trafił sojusz ekstremów z Kukizem po ścięciu na debacie. Tu dygresja. Mam teorię, o co wtedy Korwinowi chodziło. Mianowicie jak największy idiota wie, Kukiz ma te JOWy tam gdzie panu majstru słonko nie zagląda, po prostu hasełko, które posłużyło jako trampolina. Korwin idiotą nie jest, więc oczywiście się nie skapnął, i usiłował Kukizowi WYTŁUMACZYĆ, czemu ten pomysł jest zły i lepiej dać sobie z tym spokój. Kukiz zgłupiał, że tamten zawraca mu tę, no, tego, duszę taką pierdołą i uznał to za atak. No cóż, może i 95%ludzi to idioci, ale pozostałe 5% jest jeszcze głupsze. Sytuacja Korwina na dziś po tych wszystkich perypetiach to tradycyjne dwucyfrowe poparcie rzędu 1,5%. Co mnie tu jeszcze niepomiernie bawi – Wipler. Chłop się zakiwał na śmierć. Najsamprzód przeniósł się od Korwina do PiS, bo to dawało stołek w Sejmie i jakieś szanse na otarcie się o prawdziwą politykę. Gdy pojawiło się PRJG to się tam przeniósł z PiS, licząc że zajmie tam ważne stanowisko, a partia choć mała może robić za języczek u wagi. Gdy PRJG spadło, a KNP zaczęło brylować w sondażach, wrócił do Korwina. Tam rzeczonego Korwina wymontował, aby stworzyć nową partię w której byłby głównym rozgrywającym. Sytuacja na dziś jest taka, że PiS może rządzić, gowiniści załapali się na doczepkę, KNP wkręciło się do Kukiza i może cudem boskim do Sejmu wlezie, a KORWiN jest tam gdzie panu majstru słonko nie zagląda.
Gdzieś na bazie kalkulacji że PO nie przetrzymie pojawił się nowy byt – Nowoczesna.pl pod przewodem Petru i patronatem Balcerowicza. Ma być partią liberalną, nie antysystemową, ale odcinającą się od dotychczasowych polityków, obliczoną na centrowego wyborcę. Czyli taki ruch Kukiza dla ludzi po trzydziestce, którzy zdążyli sobie już znaleźć babę/chłopa i rozdziewiczyć się, więc hormony już ich nie noszą i buntować się mogą tylko na pół gwizdka. Na wstępie partia ma dwa problemy. Primo kalkulacja na upadek PO wzięła w łeb. Secundo NPL nie za bardzo jest wiarygodna w roli do której pretenduje. Same postaci Petru i Balcerowicza sugerują, że to zapowiadana „partia OFE” ujrzała światło dzienne. Potwierdzałyby to dziwne pomysły Petru z przymusowym trzecim filarem. Kunia z rzędem i pół litry do tego temu, kto wytłumaczy co to ma wspólnego z liberalizmem. Bo na pewno ma sporo z prywatnymi interesami szefa i patrona, ale nie o to chyba tu chodzi. Gdzieś tam plącze się była kandydatka na prezydenta RP kiedyś tam Henryka Bochniarz z konfederacji pracodawców Lewiatan. Z konfederacjami pracodawców w tym kraju jest jeden problem – należy do nich drobny ułamek pracodawców, zdecydowana większość jest niezrzeszona i ma takie fanaberie tam gdzie panu majstru słonko nie zagląda. Ot elitarny klub zagryzania szampana kawiorem, grupujący parę osób na tyle dorobionych, że cokolwiek ocierającego się o prawdziwy liberalizm mogłoby tylko ich biznesom zaszkodzić, w końcu nie po to się dorabiali, żeby teraz użerać się z wolnym rynkiem i konkurencją, a w ogóle to najlepiej jakby dostali stałe kontrakty rządowe. W sumie z tej bajki jest też niejaki Brzoska, szef InPostu. O firmę się przelotem otarłem. W oczy rzucały się masowa robota na czarno, dziki zapierdziel za pieniądze cokolwiek małe (taka robota dla byłych więźniów, zresztą patrząc po gębach..) i wrażenie ogólnego pożaru w bajzlu w trakcie ewakuacji przed powodzią. W każdym razie w historie o wezwaniach do sądu zostawianych w sklepie rybnym 30 km od miejsca zamieszkania wezwanego jestem w stanie uwierzyć. Podejrzewam że za parę lat jedynym śladem o tym biznesie będą jakieś akta procesowe na dnie piwnicy prokuratury. Generalnie NPL na dziś wygląda raczej na partię lobbystyczną, a nie liberalną, dość ciężko to ukrywa i porywającego sukcesu nie wróżę.
Cuda dziwy na kiju są też na lewicy. SLD po wygłupieniu się z kandydaturą Ogórkowej i ogólnej niezdolności wyjścia poza schemat „za komuny było le.. było nie tak źle” stoi przed realną szansą nie wejścia do sejmu. W związku z tym zaczęły się jakieś dziwne ruchy zjednoczeniowe, Miller z Palikotem pod rękę, które zapewne skończą się wspólnymi listami, na których miejsca biorące (o ile uda się przebić 5%) dostaną SLDowcy a miejsca niebiorące inni. Na front wystawiono nawet postacie z potencjałem – Nowacką, Czarzastego, tylko cóż z tego, że lokomotywy niezłe, kiedy ciągną wagony z gnojem. Tu wszelką odnowę należałoby zacząć od wywalenia Millera z przyległościami na zbity ryj, a nie chowania go do szafy. W sumie najlepiej dla towarzystwa byłoby chyba nie wejść – może to by otrzeźwiło.
Gdzieś z tych lewicowych przepychanek narodzili się Biało-Czerwoni, partia Napieralskiego, Rozenka i jeszcze paru osób. Pomysł był niezły, tylko sądząc po marazmie nie odpalił. Może nie sprawdziła się kalkulacja na bunt SLDowskich struktur. Nie za dobrze wyglądają też związki z SD – finansowanie niezłe, ale opinia kiepska. Aczkolwiek tu sytuacja może się jeszcze okazać całkiem dynamiczna.
Gdzieś głęboko na lewicy powstała też partia Razem. W zasadzie wygląda to tak, że partyjna młodzieżówka bez partii – Młodzi Socjaliści, postanowiła sobie tę partię wreszcie skombinować. Politycznie umiejscowione jest to gdzieś w okolicach Ikonowicza i Zielonych, tego rzędu ma poparcie, i tyle też osiągnie.
Na głębokiej prawicy ponoć rozpadł się sakramentalny związek homoseksualny Ruchu Narodowego (czy też sądząc z ichnich tradycji ortograficznych Róhu Narodofego) z ONRem. Poza tym powstała Stonoga Partia Polska (wątroba sama się marszczy na dźwięk tej nazwy) tego gościa od afery taśmowej. Podejrzewam, że sznurki prowadzą gdzieś w okolice Kremla. Trochę wcześniej z sierotek po Lepperze i jakichś zawiedzionych korwinistów powstała partia Zmiana. Tu jestem pewien, że sznurki prowadzą w okolice Kremla. No ale skoro Braunowi i Macierewiczowi wolno bawić się w teorie spiskowe to wolno i mi.
PSL z kolei ma te swoje około 5%. Wynik z samorządowych gdzieś się rozpłynął i jest to co zwykle. Zapewne zaszkodziły afery podsłuchowe z Sawickim w tle i promowanie polskiej wieprzowiny w krajach Zatoki Perskiej, tez z Sawickim w tle. W sumie o czym tu pisać..
Na sam koniec: z czego ten rok cudów może wynikać? Przyczyna chyba jest prosta. PO się wypala. To była partia wodzowska w istocie niewiele różniąca się od PiSu, ot Ziobrę i Kluzikową wywalono z hukiem, a Płażyńskiego i Rokitę w białych rękawiczkach. Tusk się tu tylko wizerunkowo różnił od Kaczyńskiego. Tylko co ma począć partia wodzowska gdy wódz pojechał na saksy? Kopaczowa nie jest typem przywódcy, to typowy podwykonawca, więc radzi sobie dość kiepsko. Problemem zaczyna być też wewnętrzna niespójność, z jednej strony skrzydło lewe, z drugiej strony prawe, było to widać przy głosowaniu nad in vitro, gdy platformiana prawica zablokowała kopaczowy skręt w lewo. Może czas się rozejść w swoje strony? Do tego społeczeństwo zaczyna być znużone i mieć dość. Szukanie jakichś alternatyw zaczyna być wyraźne – w samorządowych przepływ do PSLu, okresowy wzlot Korwina a potem Kukiza. W te wybory PO może się jeszcze wybroni, ale to tylko z braku sensownej konkurencji. Ale w kolejne może być różnie. A te biorąc pod uwagę dość prawdopodobną niestabilność przyszłego Sejmu mogą przyjść szybciej niż za cztery lata.
Oczywiście wszystkie te kalkulacje mogą wziąć w łeb. Za miesiąc może to wyglądać zupełnie inaczej. Mamy w końcu rok cudów.

Po wyborach, przed wyborami

kmsmat

Korzystając z chwili wolnego rzucę krótkie podsumowanie mojej wizji tego, co zdarzyło się w trakcie ostatnich wyborów. Z wrodzonego lenistwa polecę po prostu nazwiskami kandydatów. Kolejność nie do końca, choć w sporym stopniu przypadkowa.
Druga tura:
1) Duda. Wielki chyba zwycięzca tych wyborów. Wielkie chyba zwycięstwo jego partii z akcentem na chyba. A czemu tak? Ano Duda to jeden z typowych dla tej kampanii kandydatów bez właściwości, niby z jakimś dorobkiem, ale rozpoznawalny dla promili, rzucony do wyborów, bo kogoś trzeba było rzucić. Ot kolejny Gliński, człowiek z tabletu. Problem w tym, że chłop wygrał, choć nie po to w tej kampanii startował, a jego zwycięstwo stwarza partii i jej szefowi kilka problemów:
- Człowiek nikt wygrał coś, co prezes nie miałby żadnych szans wygrać.
- Człowiek nikt wygrał, ponieważ nie był prezesem.
- Człowiek nikt wygrał, ponieważ prezes był schowany w szafie a wszyscy pilnowali, żeby się nawet nie wychylił i oczkiem nie mrugnął.
- Człowiek nikt miał te wybory przegrać i zniknąć.
- Cholera wie, kto kogo teraz bardziej potrzebuje, Duda prezesa, czy prezes Dudę.
- Człowiek nikt właściwie nie jest człowiekiem prezesa. Ot nijaki konserwatysta, który równie dobrze mógłby być w PO czy PSL, wykopany przez Ziobrę, służący pod Lechem Kaczyńskim wraz z takimi ludźmi jak Kamiński czy Kluzik-Rostkowska. Żaden tam zakon PC. W sumie pytanie czy to bardziej zwycięstwo PiS czy Polski Razem.
Pytanie co to oznacza dla prezesa i obozu. W każdym razie dziwna powściągliwość JK jest zastanawiająca.
2) Komorowski. Wielki faworyt, z wysokim poparciem i zaufaniem, który wybory miał wygrać z palcem w tyłku, tak że poważniejsze partie wystawiły parakandydatów na odpieprz się, a na serio do gry podeszli wyłącznie wariaci. Wybory miały być czystą formalnością, bo kandydat miał rozjechać walcem całą resztę jeszcze w pierwszej turze. W zasadzie diagnoza była słuszna. Trzeba było tylko wsiąść do tego walca i jeździć, a tego zabrakło.
Na czym polega problem z BK – to jest człowiek dość nijaki i bez charyzmy. Wystarczająco zręczny aby nie potykać się w za dużych butach. Lubiany w całym „lemingradzie”, ale przez nikogo nie kochany, a mało kogo szanowany. Ot, zamiast ojca narodu wyszedł taki wuj narodu, co to przyjdzie, schaboszczaka zeżre, wódki się napije, gospodynię po tyłku poklepie i głupot pogada. Spokojny, niekonfliktowy, ale trochę przaśny i chwilami żenujący. Nikomu nie wadził i nikogo nie porywał (w lemingradzie). No i o nim zapomniano. Przebudzenie w drugiej turze okazało się spóźnione, a do tego obfitowało w kompromitacje (JOWy, nowa praca i kredyt, Duda was wyduda etc.). Co prawda BK bardzo szybko poparcie odzyskiwał, i jeszcze parę dni a mógłby wygrać, ale to chyba więcej mówi o przeciwniku niż o nim.
Pierwsza tura:
3) Kukiz. Wielka niewiadoma, człowiek bez programu (JOWy trudno za taki uznać), ale z wielkimi ambicjami (chyba). Chyba prawicowy, ale cholera wie co to w tym przypadku znaczy. Popierany przez młodych, elektorat antysystemowy (słowo-wibrator tych wyborów), jajcarzy i w sumie nie wiadomo kogo, nie wiadomo dlaczego. Ponoć ma budować jakąś formację na parlamentarne, która znając życie okaże się trampoliną dla różnych ufoludków. Już kręcili się koło niego Izdebski i pani Renia z kukizami w oczach. Ich przytomnie pogonił (chyba), ale cudów nie ma, takie, albo i weselsze towarzystwo jeszcze się spróbuje podpiąć. Coś tam słychać o szerokim froncie od prawa do lewa, czyli niestrawnej mieszance wysokiej wybuchowości a niskiej sterowności. Generalnie przewiduję, że powtórzy historię Palikota, tylko szybciej, w skrajnym wariancie dekompozycja zakończy się jeszcze przed parlamentarnymi. Jeden aspekt kandydatury Kukiza był jednak jednoznacznie i bez wątpliwości pozytywny – spuścił w klopie korwinowskie odrodzenie.
4) Korwin-Mikke. Wielki przegrany tych wyborów – wkurzył Kukiza. Posądzany o aspergera lub podobne poznawcze upośledzenie, które sprawia że jest za głupi, żeby zrozumieć, że XIX-wiecznemu konserwatywnemu mieszczaninowi na dorobku wypadało mieć kochanki, ale nie wypadało się tym chwalić. Człek żenujący, który na chwilę przyciągnął różnych zagubionych platformersów, antysystemowców, jajcarzy, po czym zgodnie z przewidywaniami ich stracił na rzecz oszołoma trochę mniej żenującego. Może kiedyś napiszę o człowieku osobną notkę.
5) Ogórkowa. Kandydatura budząca wiele pytań: kto to, czemu tak, z jakiej przyczyny, w jakim celu, komu to było potrzebne, i w ogóle po ciul. To, że kogoś trzeba było wystawić to idzie zrozumieć, ale czemu akurat ją, czemu tak bezsensownie prowadzono kampanię, co chciano osiągnąć? Podejrzewam jakieś wewnętrzne rozgrywki, choć zwykła głupota też jest prawdopodobnym wytłumaczeniem. Co mnie w tej kandydaturze najbardziej ubodło – porównanie starych i nowych zdjęć sugeruje niejaką interwencję chirurgiczną w fizjonomię.
Generalnie jedna rzecz jest dla mnie oczywista: dawno temu w zachodniej Anatolii żył sobie król Midas (w sumie postać historyczna, Mita z lewantyńskich źródeł wczesnej epokiżelaza to zapewne on). Czego się dotknął to zmieniało się w złoto. Dziś nad Wisłą żyje Leszek Miller. Czego się dotknie, to zmienia się w, hm, jakby to ująć, umiarkowanie złożoną substancję organiczną. Tak było i tym razem..
Jako potencjalny elektorat centrolewicowy na taki właśnie wynik kandydatki liczyłem. Kalkulacja była prosta – Ogórkowa polegnie z kretesem, SLD pociągnie za sobą, bo na samouzdrowienie nie liczę, partia się rozpadnie, wytworzy się nisza do zapełnienia, ktoś to ogarnie i przejmie struktury po nieboszczce konsumując też resztki po Palikocie, Miller zniknie tym razem na zawsze, a nowa siła te parę procent w wyborach uzyska. Na razie mamy gnicie wierchuszki, ferment struktur i jakieś nieśmiałe jeszcze ruchy różnych Rozenków i Kaliszów. Ino nie spieprzyć, choć jakiejś wielkiej nadziei nie mam.
6) Jarubas. Człowiek, który niczego nie miał uzyskać, i plan wykonał w stu procentach. W sumie istotniejsze dla PSL jest to, że wyborców przechwycił Duda a nie Komorowski. Sugeruje to po mojemu, że partia ma w istocie wspólny elektorat z PiS, więc należy trzymać się jak najdalej od koalicji, bo zostaną zeżarci jeszcze szybciej niż LPR i Samoobrona.
7) Palikot. O zmarłych albo dobrze albo wcale. Jedyne co się ostało z fenomenu, to Barbara Nowacka, która nie wiadomo po jaką cholerę zaparła się iść na dno wraz z rzeczonym fenomenem.
8) Wilk. Spokojniejsza,mniej narcystyczna i nachalna wersja Korwina. Mały zwycięzca tych wyborów – nie wkurzył Kukiza, który może weźmie go na listy, i KNP może otrze się sejm, gdy KORWiN będzie gnić jako kanapa wzajemnej mast.. adoracji.
9) Kowalski. Bądźmy szczerzy, ruch nacjonalistyczny aby zaistnieć potrzebuje miliona wahhabickich imigrantów, którzy będą zarzynać barany w łazienkach w blokach z wielkiej płyty, podpalać samochody i gwałcić licealistki. Bez tego nic. Wystawienie kandydata, który wygląda, jakby za młodu zasadzał się z pałą pod akademikiem na czarnych studentów pomóc więc nie mogło..
10) Braun. Jakby reinkarnacja Bohdana Poręby. Katolicki tradycjonalista i monarchista, a zaprawdę powiadam wam, królestwo jego jest nie z tego świata. Czasoprzestrzeń ma tam tylko dwa wymiary przestrzenne, ale za to aż pięć czasowych, a po niebie biegają różowe jednorożce i sikają tęczą. Człowiek, którego Bartyzel, Wielomski i Natanek zapewne uznaliby za wariata. Żywy dowód na prawo Poe'a – zidiocenia nie da się sparodiować, bo nie da się odróżnić autentycznego zidiocenia od jego parodii. A w ogóle to mistrz Yuda Żydem jak najbardziej był.
11) Tanajno. Rany boskie. Człowiek chyba jeszcze bliższy wariatkowa niż poprzednik. Takiego narcystycznego samouwielbienia nie widziałem już dawno. Media ukrywają istnienie takiego kandydata niż Tanajno. Obywatelu, głosuj na Tanajnę, bo to tak jakbyś sam na siebie głosował. Bo Tanajno to esencja duszy twojej. Wszystko ze szczęką zaciśniętą jeszcze silniej niż stary skin Kowalski. A weź i podnieś rękę na tą autoprezentację, toprzy samej dupie ci ją odgryzie. Coby było śmieszniej, ktoś normalny z takim programem, mógłby zebrać tych antysystemowców, jajcarzy, sierotki po tragicznie zmarłym Palikocie etc. i zrobić trzecie miejsce w tych wyborach. Niewątpliwie zaś uroku kandydatowi dodawał gustowny jeżyk na żelu. Prawdziwy Rudolf Valentino, z samiuśkiego Disco-Relaxu.

Co właściwie z tych wyborów wynika.. a cholera wie. W PO mamy zamieszanie, czysty żywy pożar w burdelu. PiS chyba duma jak spróbować wygrać sukces, który sukcesem wcale być nie musi. SLD zdycha i chyba już nie wstanie. W PSL nie dzieje się nic, słusznie zresztą. Istotne będą procesy w PO, rekonfiguracja na lewicy, cuda dziwy u Kukiza, i być może partia Balcerowicza. Obaczym, co się z tego urodzi.

Zadziwienia - antysalon

kmsmat

W pewnym miejscu, w którym ostatnio bywam, przydarzyła mi się rzecz względnie wstrząsająca. Miałem bezpośredni kontakt intelektualny z antysalonem. Kontakt polegał na tym, że siedziało kilka dziewczyn w wieku cokolwiek różnym i snuło przerażające wizje posługując się specyficzną, trudno zrozumiałą terminologią, która dziwnie przypominała grypserę. Z grubsza szło to tak: Polska znajduje się w stanie głębokiego upadku, w stanie przedzaborowym, do którego doprowadziła ją bezpieczniacka sitwa, czyli kompradorskie elity, które w ramach niemiecko-rosyskiego kondomium ubiły interes w Magdalence, zakulisową władzę sprawują zaś dzięki kontroli mediów przez WSI (czyli ubecką sitwę) wspieranej bardziej bezpośrednią działalnością seryjnego samobójcy. Mam nadzieję, że niczego nie pokręciłem. Przyszłość czeka nas czarna, Niemcy przejmą ziemie zachodnie, zabiorą polską ziemię do bagażnika, wywiozą do Reichu, rozsypią na niemieckim polu, a polska ziemia będzie po niemiecku szczekać. W ogłupionym społeczeństwie lemingów Prawdę przez duże G zna jedynie garstka publicystów (bodajże Ziemkiewicz, Michalkiewicz i paru jakichś tam jeszcze), oraz oczywiście ich wierni czytelnicy.
Coś mnie zaczęło w tej wizji zastanawiać. Skoro te sitwy kompradorskie takie mocne są, to czemu takiego Michalkiewicza czy Ziemkiewicza jeszcze seryjny samobójca nie dopadł, rekin na pustyni błędowskiej nie zeżarł, ani nawet jakieś ubeckie dziecko o pedofilię nie oskarżyło? Nasunęła mi się pewna myśl – a może te sitwy nie dość, że mocne, są też chytre? W końcu, odpowiednio przebiegli kompradorzy, zamiast walczyć z Prawdą przez duże G, mogliby ją kompromitować – zadbać o to, aby pojawiała się w pakiecie z odpowiednio dużą ilością bzdur i bełkotu, aby w miarę ogarnięty człowiek, nie był jej w stanie brać na poważnie – nieogarnięty brać na poważnie rzecz jasna może, i nawet powinien, to tylko zwiększa efekt kompromitacji. W sumie taki Michalkiewicz byłby idealny w takiej funkcji, człowieka, który o uprawie pietruszki nie potrafi napisać, aby nie wtrącić do tekstu jakichś Judajczyków i ich złowrogiego wpływu, że aż strach lodówkę otworzyć, bo w środku Judajczyk może siedzieć i na rynku natki pietruszki spekulować, trudno brać poważnie. Ziemkiewicz wydaje się być nieco bardziej ogarnięty, niemniej dziwne perypetie ideologiczne człowieka – zawiódł się na Korwinie, zawiódł na PO, zawiódł na PIS, zawiódł na idei republikańskiej, aktualnie zawodzi na róhu narodofym (to ci którzy rzondajom prafdzifyh menszczyzn), strach pomyśleć na czym zawiedzie się jeszcze w ciągu kolejnej dekady – też sugerują pewną egzotykę intelektualną. O dziwacznych konstruktach myślowych, jak tatuś, który wstąpił do partii aby nie zrobić kariery szkoda nawet wspominać. W sumie bez znaczenia jest, czy ci publicyści działaliby na rzecz ubeckich kompradorów świadomie, czy te pozwalałyby im po prostu na działalność.
Pomysłu tego wolałem jednak w nie poruszać, pewien obaw że wywołam jakieś intelektualne nieszczęście (choć kusi to, o jakże kusi..). Tym bardziej najprostszego możliwego wytłumaczenia, że to zwykłe bzdury – instynkt samozachowawczy przeważył. Najbardziej uderzyła mnie jednak w tym jakaś taka autoerotyczna fiksacja, pseudointelektualny samogwałt nad własną nadzwyczajnością – my, awangarda klasy robo.. tfu, jedyni świadomi jak ten świat działa, posługujący się ezoterycznym językiem niedostępnym dla profanów, prawdziwie oświeceni w świecie ogłupionych lemingów. I tak jakoś mnie tknęło, że tu nie o żadne prawdy idzie, a o zrobienie dobrze własnemu ego.

PS. Wiecie co mi to przypomina? Kinderszatanistów zaczytanych w LaVeyu. Toć to toczka w toczkę ta sama masturbacja nad własną zajedwabistością – my wyzwoleni z ograniczeń drobnomieszczańskiej moralności, światłość świata tego, na wyżyny intelektualne wzniesieni, nie to co nędzny filistrów naród, w prochu, błocie i ciemnocie się tarzający..

Zagadki neandertalczyka

kmsmat

Dziś se dam siana z tą geopolityką. Napiszę coś o neandertalczykach. Albowiem gdyż poniewóż interesuje mnie to wielce.
Wszystko zaczęło się w połowie XIX wieku (to znaczy tak naprawdę zaczęło się kilkaset tysięcy lat temu), gdy w Niemczech w dolinie Neander wykopano dziwne kości. Były one niby podobne do ludzkich, ale bardzo grube i kształtu dosyć dziwnego, że aż w pierwszym momencie uznano że to niedźwiedź. Niemniej jednak ich ludziowatość wątpliwości nie ulegała, co prowadziło do dalszych pytań: co to jest, czemu takie jest, i z czym to zjeść. W pewnym stopniu pozostają one aktualne do dzisiaj. Teza, że to jakiś praczłowiek pojawiła się dosyć szybko, niemniej nie od razu się przyjęła, np. niemiecki antropolog Virchov upichcił dziwaczny pomysł, że to Kozak z czasów wojen napoleońskich, chory na krzywicę, który ranion śmiertelnie wpełzł do jaskini, gdzie agonia mu dziwacznie kości wykrzywiła. Niemniej oczywistej oczywistości coraz trudniej było zaprzeczać, zwłaszcza gdy znalazły się kolejne okazy, z kopalnym człowiekiem trza się było pogodzić.
Nasz bohater był raczej niski według współczesnych standardów. Kości miał grube, budowę atletyczną (gdyby istniał do dziś, to złote medale w co cięższych atletykach, zapasach, boksach itp. mordobiciach miałby raczej zaklepane), dosyć krzywe nogi. Pojemność jego czaszki była nawet nieco większa niż naszej, ale kształtem trochę, odbiegała – była bardziej plaskata, niższa, ale dłuższa i szersza. Twarz też trudno uznać za urodziwą: wydatne wały nadoczodołowe, niskawe cofnięte czoło, wielgachny nochal i cofnięty podbródek (wizualnie, właściwie to szczęki były wysunięte do przodu jak i dziś czasem można coś takiego zobaczyć na południe od Sahary). Potencjał intelektualny trudno oszacować, generalnie większość znalezisk reprezentuje niższy poziom niż późniejsi kromaniończycy (nasi, mniej więcej), niemniej wczesny Homo sapiens właściwie niczego więcej nie prezentował, a niektóre późne artefakty neandertalskie nie odbiegają istotnie od kromaniońskich (o ile poprawnie przypisano je neandertalczykom). Mózg rozwijał się jakby nieco inaczej niż dzisiejszy – krótko rósł w górę, a potem długo do tyłu i na boki, gdy nasz odwrotnie – długo w górę, a potem krótko do tyłu i na boki (stąd te różnice w kształcie mózgoczaszki), cholera jednak wie co z tego właściwie wynika.
Zasięg geograficzny neandertalczyka był całkiem spory, Europa południowa i zachodnia (w Polsce znaleziono tylko kilka zębów), Bliski Wschód, Turkiestan, nawet znaleziono coś na Ałtaju.
Geneza naszego bohatera w ogólnym zarysie nie budzi jakichś większych kontrowersji. Około miliona lat temu ewolucja wcześniejszego H. Erectus (jej miejsce i przebieg akurat jest kontrowersyjne) doprowadziła do powstania nowego gatunku (pojęcie gatunku jest tu rzecz jasna dość umowne) – H. Heidelbergensis. Ów heidelberczyk mózg miał wielkości zbliżonej do dzisiejszej, ciało dość wysokie, kości raczej grube i charakterystyczną kanciatą twarzoczaszkę. Kto ciekawy niech se sprawdzi w grafice gugla. Występował w Europie i Afryce, raczej bez wątpliwości na Bliskim Wschodzie (no skoro w Europie i Afryce..) zapewne też i dalej na wschód. Wykazywał pewną zmienność „rasową” - znaleziska z Afryki (określanie czasem jako H. Rhodesiensis) i Grecji (Petralona) są bardziej archaiczne niż zachodnioeuropejskie. I tak sobie żył kilkaset tysięcy lat, aż tu nagle, jakieś pół miliona lat temu, przyszła epoka lodowcowa. Jako że człowiek jest gatunkiem tropikalnym, to ta zmiana klimatu musiała go sponiewierać. Ekumena heidelberczyka została poszatkowana na drobniejsze mniej lub bardziej izolowane enklawy, w których populacje ewoluowały względnie niezależnie. Z jednej z nich, gdzieś we wschodniej lub południowej Afryce wykluliśmy się my. Z innej, gdzieś w zachodniej Euroazji neandertalczyk. Z jeszcze innej gdzieś na wschodzie głośny ostatnio denisowczyk. Być może jakieś bardziej wschodnie grupy rozwinęły się w formy znane z Maba i Dali w Chinach oraz z Solo na Jawie – pytanie o ich relację (tożsamość?) z denisowczykiem. Gdzie dokładnie wykluł się neandertalczyk nie jest jasne, o sprawstwo podejrzewane są późne heidelberskie populacje z Półwyspu Iberyjskiego, znane z gór Atapuerca, są tu jednak pewne wątpliwości, „Atapuerkanie” są pod wieloma względami podobni do neandertalczyków, ale wykazują też swoiste specjalizacje (np. redukcja trzonowców w stosunku do klasycznych heidelberczyków posunięta dalej niż u H. Neandertalensis. Utrudniające stworzenie prostego schematu ewolucyjnego następstwa. Niemniej ogólny schemat „rozpadu” heidelberczyka i niezależnej ewolucji pochodnych grup nie budzi żadnych wątpliwości.
Więcej dumania było nad zanikiem rzeczonego neandertalczyka. W latach 90-tych wytworzyły się dwie szkoły: jedna (hipoteza multiregionalna) zakładała, że lokalne formy w „Afroeurazji” dzięki wymianie genów wyewoluowały wspólnie w dzisiejszych ludzi. Druga (afrykański eksodus) zakładała, że H. sapiens powstał w jednym miejscu - w Afryce, po czym stamtąd wylazł i niesapientnych kuzynów zeżarł. Na marginesie plątały się hipotezy pośrednie – że ludzie współcześni z Afryki wyszli, ale z małpiatymi krewniakami jednak figlowali, co owocowało mniejszym lub większym wkładem genetycznym w dzisiejsze populacje (w zasadziemożna je potraktować jako regres hipotezy multiregionalnej cofającej się przed nowymi odkryciami). Wskazywano nawet potencjalnych mieszańców z dość słynnym dzieckiem z Lagar Velho na czele, przeciwnicy jednak interpretowali dziwną morfologię jako patologię – krzywicę i/lub zaburzenia hormonalne (nie sposób uniknąć skojarzenia z Kozakiem z wojen napoleońskich). Generalnie hipoteza multiregionalna, a nawet jej rozwodnione pochodne była w odwrocie, człowiek jednak problemy lubi sobie niepotrzebnie stwarzać, co też wydarzyło się w tym przypadku.
Zaczęto prowadzić badania genetyczne. Początkowo wyniki szły czysto po linii hipotezy afrykańskiej – DNA w mitochondriach i na chromosomach Y współczesnych ludzi (użyteczne w takich badaniach bo się „nie miesza”, więc można wydzielać linie różnicujące się pod wpływem mutacji) w całości pochodzi od wspólnego przodka sto kilkadziesiąt lat temu, a więc grubo po rozdzieleniu się ludzi współczesnych i neandertalczyków. Zaczęto badać i neandertalskie DNA (też mitochondrialne i Y-chromosomowe) i okazało się, że reprezentuje jakieś mocno odrębne linie nieobecne u współczesnych populacji, oddzielone około pół miliona lat temu. Hipoteza hybrydyzacyjna, nie wspominając o multiregionalnej wydawała się martwa. Potem jednak zaczęto dłubać w DNA autosomalnym. Najsamprzód pojawiły się w prasie naukowej doniesienia, że jakieś stare, mocno odrębne warianty genów, nie pasujące do hipotezy afrykańskiej jednak się po DNA jądrowym plączą. Bomba wybuchła jednak, gdy zaczęto badać jądrowe DNA neandertalskie. Ano okazało się, że pewien wkład w dzisiejsze populacje neandertalczyk jednak miał. Nagle zwyciężyło coś w rodzaju umiarkowanej hipotezy hybrydyzacyjnej. Odkrycie odpowiedziało na część pytań, stworzyło jednak sporo więcej nowych, uzyskany obraz był bowiem dosyć dziwny. Po pierwsze neandertalskie przymieszki odnaleziono w zasadzie poza Afryką Subsaharyjską (ale wszędzie, w Europie, Azji, a nawet Australii) – to jeszcze było spodziewane i nawet oczekiwane. Po drugie te przymieszki były rozmieszczone w dość dziwny sposób – generalnie w granicach 5% (o ile dobrze zinterpretowano wyniki), ale we wschodniej Azji było tego więcej niż w Europie. To już było dziwne, bo w Europie ludzie współcześni mieli dłuższy kontakt z neandertalczykami niż przodkowie wschodnich Azjatów, którzy otarli się o nich tylko na Bliskim i Środkowym Wschodzie po drodze do Chin. Po trzecie paleolityczni Europejczycy mieli tego jednak więcej, zbliżając się do wartości wschodnioazjatyckich. Po czwarte na chromosomie X tych przymieszek jest zdecydowanie mniej niż na zwykłych chromosomach.
Zaczęto więc tworzyć hipotezy mające to tłumaczyć. Obecna interpretacja jest taka, że do krzyżowania zasadniczo dochodziło tylko na Bliskim Wschodzie, gdzie mamy specyficzny chronologiczny przekładaniec – 100 tys. lat temu neandertalczyk, 80 tys. lat temu my, 70 tys. lat temu neandertalczyk, 60 tys lat temu znowu my. Potem krzyżowanie miało być znikome lub żadne. Postawiono też hipotezę, że u mieszańców płci męskiej występowały jakieś zaburzenia płodności (rzecz znana), co owszem, daje takie efekty na chromosomie X.
Tu dygresja. W świetle tych badań różni rasowi supremacjoniści, segregacjoniści i inni onaniści powinni być mocno nieszczęśliwi. Niebieskooki blond aryjczyk wychodzi z tego w pewnym uproszczeniu jako efekt krzyżówki małpy z murzynem. Niemniej dotarcie do tych badań wymaga czytania literatury naukowej, albo chociaż popularnonaukowej, albo przynajmniej czytania, więc chyba o psychiczny dobrostan tej grupy możemy być spokojni.
Kolejne cuda wyszły gdy zaczęto badać DNA innych małpoludów niż neandertalczyk. Na pierwszy ogień poszedł denisowczyk, enigmatyczny praczłowiek z Ałtaju znany z paru kostnych odłamków i bardzo dużych zębów. Z DNA jądrowego wychodziło, że to jakiś krewny neandertalczyka, bliżej z nim spokrewniony oni obaj niż z nami. Do tego znaleziono mu w genach sekwencje stricte neandertalskie, sugerujące krzyżowanie się, ale też i bardzo odrębne, wyglądające na przymieszkę czegoś oddzielonego wcześniej niż sam rozdział sapientno-denisowsko-neandertalski. Cuda wyszły z DNA mitochondrialnym – to zupełnie odrębna linia oddzielona od neandertalsko-naszej jakiś milion lat temu, a więc obraz wyraźnie różny niż wynikający z DNA jądrowego. Oczywiście pojawiły się kolejne hipotezy – o przymieszce jakiegoś innego, bardziej odrębnego gatunku praczłowieka (H. Erectus?), co nawet tłumaczyłoby te stare sekwencje jądrowe i dziwne DNA mitochondrialne. Jeszcze jedna ciekawostka – denisowczyk miał pewien wkład w dzisiejsze populacje. Nie są to jednak Chińczycy czy Mongołowie jak należałoby się spodziewać po ałtajskiej lokalizacji, a Aborygeni, Papuasi, Melanezyjczycy (około 5%, prócz nich oczywiście trochę mniej przymieszki neandertalskiej jak u wszystkich nieafrykanów), a w mniejszym stopniu Indonezyjczycy.. Bądź tu człowieku mądry i nie zgłupiej.
Potem zaś wybuchła kolejna bomba. Zbadano mtDNA tych postulowanych przodków neandertalczyka z Atapuerki. No i wyszło jajo. Późni heidelberczycy z Hiszpanii mieli z grubsza „to samo” DNA mitochondrialne co denisowczycy z Ałtaju. W uproszczeniu rzecz jasna, bo różnice atapuerko-denisowskie były większe niż neandertalsko-nasze. Nie znamy jądrowego DNA z Atapuerki, a czort wie coby tam jeszcze wyszło. Zapewne posypią się kolejne odkrycia, może zsekwencjonowane zostanie DNA jakichś innych niesapientnych praludzi co oczywiście odpowie na klika pytań stwarzając drugie tyle kolejnych. Na koniec prawem internetowego ekshibicjonizmu kilka własnych spekulacji:
1) To nie mtDNA atapuerkańskie i denisowskie nie pasują, a neandertalskie. Neandertalczyk powstał jako krzyżówka z przewagą europejskich heidelberczyków i przymieszką afrykańskich lub afrykańskim pokrewnych (Atapuerca + Petralona?). Stąd okołodenisowskie DNA jądrowe, ale afrykanopodobne mtDNA (oryginalnym DNA europejskich heidelberczyków byłoby to denisowsko-atapuerkańskie).
2) Denisowczyk to to samo co enigmatyczne znaleziska z Solo (H. Soloensis), pochodzące sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat mózgoczaszki o współczesnej pojemności, generalnie presapientnym kształcie, ale z cechami H. Erectus. To na Ałtaju to izolowana populacja, a zasadniczy zasięg rozciągał się oryginalnie od Jawy po Środkowy Wschód. W późniejszym okresie parcie H. Sapiens, a może jeszcze neandertalczyków zepchnęło go na wschód, w miarę liczne skupisko w okolicach Jawy zmieszało się z przodkami Aborygenów. Populacja z Ałtaju została wchłonięta jeszcze przez neandertalczyków, lub wymarła bezpotomnie.
3) Denisowczyk to nie H. Soloensis a jakiś wymarły gatunek ze środkowego wschodu, wchłonięty przez przodków Aborygenów.
4) Niższe niż oczekiwane przymieszki neandertalskie w Europie to skutek bliskości Afryki – dopływ genów stamtąd „rozcieńczał” europejskie DNA.
5) Wysoka przymieszka neandertalska we wschodniej Azji to artefakt – jej wartość jest zawyżona na skutek wkładu jakiegoś innego lokalnego gatunku (Maba i Dali?), pokrewnego neandertalczykowi. Wiadomo że takie wzajemne zawyżanie przymieszek występuje między neandertalską i denisowską (sekwencje są do siebie bardziej podobne niż do klasycznie sapientnych), może i tu działa tem mechanizm.

© Słońce Podkarpacia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci