Menu

Słońce Podkarpacia

Na bezdrożach polskiego konserwatyzmu

kmsmat

Dosyć często można się zetknąć z deklaracjami typu: „Polska jest krajem konserwatywnym”, „jestem konserwatystą”, „nasza partia ma charakter konserwatywny” i podobnymi. Konserwatywna samoidentyfikacja jest dość powszechna, konserwatyzm wydaje się być istotnym ruchem w polskiej polityce. Problem pojawia się, gdy przyjrzeć się zjawisku bliżej, fenomen okazuje się być zadziwiająco niespójny i niekonkretny. Odnajdują się tu ludzie, których realnie łączy bardzo niewiele, a często łatwiej im się dogadać z osobami deklarującymi się jako niekonserwatywne, czasem nawet postępowe, niż konserwatystami z innych frakcji. Cóż, jeśli w tą kategorię wpadają Niesiołowski i Kaczyński, Korwin-Mikke i Kosiniak-Kamysz, Międlar i Hołownia, to warto się zastanowić, czy w ogóle mamy do czynienia z jakimś realnym zjawiskiem, czy mętną terminologiczną mgławicą. W tym celu należy się po prostu przyjrzeć poglądom zwolenników z różnych frakcji i spróbować wyszukać punkty wspólne, coś co ich łączy.

A łączy niewiele. Brak w zasadzie jest wspólnych poglądów na system polityczny czy na gospodarkę. Punkty styczne dotyczą prawie wyłącznie sfery obyczajowej – nie uświadczymy tu antyklerykałów, zwolenników związków partnerskich, czy liberalizacji prawa antyaborcyjnego, Przy czym spektrum poglądów w tych tematach jest bardzo szerokie – od głębokiego sprzeciwu po kompletną obojętność.

Pytanie czemu tak jest – w takich Stanach, jeśli ktoś się określa jako konserwatysta, to można z dużym prawdopodobieństwem zgadnąć jego poglądy na gospodarkę, czy ustrój. Odpowiedź jest w sumie dosyć prosta. Konserwatyzm zakłada oparcie gospodarki, ustroju i modelu społecznego o tradycję. W kwestii tradycji są dwie szkoły, twarda i miękka. Twarda zakłada pewien niezmienny model, zawsze aktualny, od którego nie powinno być żadnych odchyleń, w praktyce zwykle jest to ustrój (czy raczej jego idealistyczne wyobrażenie) z jakiegoś momentu w przeszłości danego kraju. Tu kłaniają się najróżniejsi fundamentaliści, monarchiści, integryści, neosarmaci i podobna menażeria, poza krajami islamskimi pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia.

Miękka zakłada powolną ewolucję, dostosowywanie się do zmian zachodzących w świecie, ale z rozwagą, bez dzikich rewolucji i przewracania wszystkiego spodem do góry i górą do spodu. W zasadzie ten typ konserwatyzmu dominuje w świecie zachodnim. Czemu więc u nas coś takiego realnie nie funkcjonuje? Odpowiedź jest banalnie prosta – bo nie może. Autor niniejszego tekstu, będąc ciut przed czterdziestką zaliczył w swoim życiu komunizm poststalinowski, pseudokomunistyczną dyktaturę wojskową, liberalną demokrację, a czort wie co się jeszcze przydarzy. A patrząc na historię, to taka karuzela ustrojowa zaczęła się już w XVIII wieku – demokracja szlachecka, Konstytucja III Maja, ustroje państw zaborczych, napoleoński system Księstwa Warszawskiego, znowu ustroje państw zaborczych ale w innej konfiguracji i zmienne w czasie, demokracja parlamentarna, dyktatura wojskowa, nazizm, komunizm stalinowski, komunizm poststalinowski, dyktatura wojskowa i chyba jeszcze trwająca demokracja parlamentarna (ale czy ciągle liberalna..). Po prostu brakuje jakiejkolwiek ustrojowej i gospodarczej tradycji, pozostaje jedynie obyczajowa, bo tu faktycznie zmiany następowały względnie wolno.

Wyraźnie to widać porównując wewnętrzne spory polskich i zachodnich konserwatystów. W takiej Wielkiej Brytanii spadkobiercy E. Burke’a spierają się, czy Zjednoczone Królestwo to unia czterech krajów czy też trzech krajów i jednej prowincji (nie wiadomo jak traktować Irlandię Północną. W Rzeczypospolitej konserwatyści spierają się, czy Michnik jest gorszy od Palikota (ci są za PiSem), czy Palikot gorszy od Michnika (ci są za PO).

Ten brak podstaw do zaistnienia w Polsce formacji konserwatywnej miał i dobrą, i złą stronę. Dobrą widać na przykładzie kwestii społeczno-obyczajowych. Gdy w 1918 powołano do istnienia II RP, prawa wyborcze od początku należały się w niej obu płciom, zresztą ogólnie prawo zakładało równouprawnienie, a kodeks karny nie kryminalizował homoseksualizmu. Co istotne, te rozwiązania nie budziły żadnego głębszego oporu w społeczeństwie, po prostu nie były kontrowersyjne. Polska bezboleśnie przyjęła rozwiązania, które w wielu zachodnich krajach weszły długo później, po latach walk o prawa obywatelskie, represjach i innych wątpliwych przyjemnościach.

Jednakże jest i zła strona. Natura próżni nie lubi, i skoro prawego skrzydła sceny politycznej nie zajmuje konserwatyzm, to musi je zająć coś innego. W międzywojniu zajęła je endecja, formacja z deczka mniej sympatyczna od np. brytyjskich torysów, która do tego wypączkowała z siebie kompletnych wariantów spod znaku NR. W III RP w te buty weszli postsolidarnościowi, a w sumie i postkomunistyczni populiści tęskniący za jakąś pobożną wersją gomułkowszczyzny. Brak konserwatyzmu otworzył bramy radykalizmowi, po prostu pewna część populacji nade wszystko ceni sobie nie wolność i równość a porządek i bezpieczeństwo. Gdy tym ludziom nie mogła tego dać wielowiekowa tradycja, znaleźli przystań w kleconych ad hoc mniej lub bardziej autorytarnych ideologiach, a to prędzej czy później musi doprowadzić do problemów.

Czy w takim razie jest możliwość, że jakiś konkretny konserwatyzm w Polsce się kiedyś pojawi? Zapewne tak, choć jeszcze nie teraz. Obecnie żyjemy w okresie przesilenia, gdy umiarkowany i liberalny porządek jest kontestowany z pozycji radykalnych. Przesilenie się jednak kiedyś skończy, a radykałowie zwyczajowo zbankrutują. Pytanie co wtedy? Moja hipoteza jest taka – paradygmatem zostanie narracja z grubsza liberalna, ale z obawy przed kolejnym przesileniem unikająca głębszych kontrowersji, pod krawatem, w garniturze i uczesana w przedziałek na boku. Chroniąca dotychczasowe zdobycze postępu, ale zwalczająca wszelkie nowe fronty, jakie mogą się w przyszłości otworzyć. Taki konserwatyzm III RP.

A skąd taki wniosek? Bo to wszystko już było. Tak wyglądał świat po poprzednim przesileniu, czyli Drugiej Wojnie Światowej. Tak też wyglądała Polska po jeszcze wcześniejszym przesileniu, któremu u nas odpowiadało Powstanie Styczniowe. Oczywiście nie wszystkich taka wizja zastygłego ładu musi cieszyć. Ale bez obaw, takie okresy zastoju muszą się kiedyś skończyć. Jakieś kolejne sufrażystki, jacyś kolejni hippisi w końcu rozbiją mur żeby poszerzyć granice indywidualnej wolności.

Puławy i Natolin

kmsmat

Od pewnego czasu w obozie miłościwie nam panującej dojnej zmiany daje się wyczuć pewne dysonanse i napięcia. Chodzi rzecz jasna o przepychanki wokół reformy sądownictwa i nominacji generalskich, ale sam konflikt jest starszy, sięgający zapewne czasów PC, choć jego aktorzy rzecz jasna zmieniali się w miarę upływu czasu.

Na dziś wygląda to z grubsza tak, że daje się w PiSie wyróżnić grupę „centralną”, skupioną wokół Kaczyńskiego, i dwie autonomiczne frakcje, „liberalną” i „radykalną”. Ponieważ „centryści” są nie do ruszenia póki Kaczyński dycha, jest w miarę sprawny umysłowo i cieszy się charyzmą w elektoracie, walka o wygody i dochody toczy się między oboma skrzydłami.

Skrzydło „liberalne” kiedyś skupione było wokół Dudy (z braku laku, bo i cóż to za lider), dziś chyba wokół Morawieckiego (z braku laku..). Kojarzone jest z większym szacunkiem do zasad demokracji, ale jest to raczej wrażenie błędne, to bardziej cyniczni pragmatycy. Tu mieści się Gowin, Gliński, Kurski (afera z jego odwoływaniem i odwoływaniem odwoływania ze stołka prezesa TVPiS to inna odsłona tego samego konfliktu), poza PiSem blisko do tego towarzystwa ma Kukiz. W sferze medialnej tu należy zaliczyć TV Republika, Lisickiego z jego OdRzeczy czy tow. red. Ziemkiewicza.

Skrzydło „radykalne” to luźniejsza koalicja bez wyraźnego lidera. Uchodzi za bardziej nawiedzone, ale trudno stwierdzić, czy towarzystwo faktycznie bardziej odleciało, czy po prostu uznało, że skoro wszyscy sikają do basenu to po co się kryć, lać można z trampoliny. Tu wchodzi Macierewicz, Ziobro, protegowani pewnego zakonnika z Torunia. Wspierające media to RM, GazPol czy WPotylicę, z takimi indywiduami jak Rydzyk, Sakiewicz czy Karnowscy.

A teraz krótkie wytłumaczenie skąd tytuł notki. Dawno, dawno temu, za siedmioma łagrami, za siedmioma kołchozami, żyła sobie partia bardzo do PiSu podobna, a na imię miała PZPR. Po tym jak niejaki Bierut został śmiertelnie przeziębiony na pogrzebie niejakiego Stalina wyłoniły się w niej całkiem podobne frakcje. Byli więc tak niejacy Puławianie, zwani przez oponentów żydami, uchodzący dosyć na wyrost za liberałów, oraz niejacy Natolińczycy, zwani przez oponentów chamami uchodzący za radykałów, a wszystko to do kupy usiłował poskładać niejaki Gomułka, kontrolujący oba skrzydła napuszczając jednych na drugich. Puławianie byli zwolennikami poluzowania śruby, aczkolwiek najgłośniej za tym agitowali, gdy byli dość daleko od władzy, a gdy się do niej zbliżali ich wolnościowe zapędy spadały, byli też dosyć „internacjonalni”. Natolińczycy konsekwentnie obstawali za twardym kursem, miewali też zapędy nacjonalistyczne. Obie frakcje ewoluowały z czasem, ze względu na zmianę warunków zewnętrznych, jak i zwyczajną wymianę pokoleń. Zainteresowani bez problemu mogą znaleźć bliższe szczegóły w internecie, a naprawdę ambitni w literaturze przedmiotu.

Ogólny obraz jest więc całkiem podobny. W PC i w PiSie od dawna dawały się dostrzec dwie podobne tendencje – jedna związana ze środowiskiem Lecha Kaczyńskiego, bardziej liberalna, druga w okolicach Olszewskiego i Macierewicza, bardziej radykalna. Są tu nawet dość podobne tendencje nazewnicze – neożydy to „przedpokój” (chyba chodzi o jakieś odwołania do „salonu”, czyli Michnika i okolic), a neochamy to „ulica”. Pomimo podobieństw daje się jednak dostrzec dość ciekawe różnice.

Pierwszą jest pozycja Kaczyńskiego. Nadprezes znaczy mniej niż Bierut (a właściwie Stalin) w PZPRze, ale więcej niż Gomułka. Stąd też frakcje istnieją, ale są ciągle mniejszościowe w stosunku do głównego nurtu (za Bieruta nie były widoczne, za Gomułki dominowały).

Drugą są inne uwarunkowania ustrojowe. Nadmierny rewizjonizm dziś nie grozi nawet wizytą bezpieki, a co dopiero długimi latami ciupy, czy wręcz dołem z wapnem. Po temu też nie należy przykładać zbytniej uwagi do liberalnego wizerunku neopuławian, kto tam faktycznie był szczerym demokratą, dawno się z tego interesu wypisał. Ewentualne niedobitki to albo jacyś ślepi i głusi idealiści, albo ofiary swoistego syndromu sztokholmskiego, ale takich i tak nadprezes systematycznie wycina.

Pytanie czy coś konkretnego z tego wynika. W końcu frakcje są mniejszościowe, a dominacja Kaczyńkiego wydaje się niepodważalna. Wszelkie dotychczasowe próby kontestowania tego stanu rzeczy, czy to przez próbę kontestowania kolejności dziobania w partii czy wybicia się na niepodległość kończyły się marnie. Neonatolin miał swój okres świetności za czasu ROPu, później jednak partia Olszewskiego spadła do marginesu, a PiS zdominował ten segment sceny politycznej. Rzecz skończyła się powrotem na kolanach na łono nadprezesa. Neopuławy miały się nieźle pod parasolem Lecha Kaczyńskiego, gdy jednak tego zabrakło, zostały dość brutalnie zglanowane przez Jarosława. Próby wybicia się na niepodleglość skończyły się spadkiem do planktonu, w sumie jedyny sukces odniósł tu Dutkiewicz, który po prostu politykę krajową odpuścił i zajął się polityką lokalną. Powody tego są dwa – po pierwsze rozłamowcy usiłowali grać „umiarkowanego Korwina”, a na kolibrów w Polsce nie ma po prostu zapotrzebowania. Po drugie byli zbyt blisko PO, która wysysała im szczątkowy elektorat i działaczy. Ogólnie dominacja Kaczyńskiego wydaje się niepodważalna. Pytanie czy na pewno.

Oczywiście słabym punktem dominacji nadprezesa jest sam nadprezes, a konkretnie jego wiek i kondycja. Młody nie jest, baby nie ma (a to podobno przedłuża życie), przeżył dość ciężką traumę, różne dziwne paranoje też raczej mu nie służą. Czegóż by zatem oczekiwać, gdyby nadprezes zszedł, a przynajmniej stał się niezdolny? Zapewne bardzo szybkiego zmiażdżenia centrum przez frakcje. Nadprezes paranoiczny jest i wszelkie wyraziste osobowości w swoim otoczeniu wycina, opierając się na typach w stylu Mariusza Płaszczaka. Efektem jest środowisko pozbawione osobników z jakąkolwiek wyrazistą charyzmą. Z oczywistych przyczyn dotyka to najbardziej właśnie bezpośrednie otoczenie nadprezesa. Tak więc taki Brudziński, który dziś jest ważną personą, typowaną na kolejnego delfina, bez Kaczyńskiego stanie się szybko proszalnym dziadem wiszącym na klamce Dudy lub Macierewicza, w zależności od tego, kogo wybierze.

Oczywiście z tymi rozważaniami jest jeden problem – nadprezes może zniknąć jutro jak i za dziesięć lat. Jest jednakże druga kwestia –Kaczyński popełnił pewien błąd. Tak jakoś bowiem się stało, że kanały komunikacji z elektoratem zostały opanowane przez frakcje. Natolin ma swojego GazPola, WPotylicę czy Radio MaRyja, a Puławy OdRzeczy i niezastąpionego tow. red. Ziemkiewicza, ponoć najbystrzejszego prawicowego publicystę. Natomiast samo centrum żadnych własnych mediów nie ma i musi polegać na frakcjach, co czyni je (i nadprezesa przy okazji) w sporym stopniu zależnymi, aczkolwiek jest to zależność w dużym stopniu obustronna. Szczególnie mocno widać to w przypadku Natolina jadącego głównie na zamachu smoleńskim – neochamy kontrolują przekaz, ale klucz do niego z oczywistych przyczyn trzyma nadprezes.

Trochę inaczej wygląda sytuacja neopuławian. Towarzystwo ma dość poważny atut – Dudę, który popularnością Kaczyńskiego znacznie dystansuje. Jest też PiSowi potrzebne ponieważ zapewnia wyjście na polityczne centrum, oparcie się wyłącznie na ludzie smoleńskim skazywałoby PiS na wieczne balansowania w okolicach 25% poparcia bez żadnych możliwości koalicyjnych. Do tego, o ile Natolin można wymienić (klucze do zamachu trzyma sam nadprezes) to Puławy już nie bardzo, nie jest przypadkiem, że próbując się przebić z bardziej umiarkowanym przekazem, PiSowskie centrum nie było w stanie wystawić nikogo poważniejszego niż, no cóż, Morawiecki czy inne Szydło. Innym atutem środowiska jest możliwość operowania we względnie młodym elektoracie, kaczyńskie centrum i macierewiczowski Natolin gros swojego poparcia zbiera w pokoleniu 60+. Z drugiej strony względna nijakość dudzich Puław sprawia, że poparcie, choć chwilami liczne, jest bardzo płytkie (nijakość jest porównywalna z PSLem, brak jednak zahaczek typu „nie rzucim ziemi skąd nasz KRUS” aby zbudować jakiś twardy elektorat).

Pytanie co dalej, jak może rozwinąć się sytuacja. Póki nadprezes dycha i jest w miarę przytomny, nie zmieni się nic. Nic jednak nie trwa wiecznie. Radosny paraliż decyzyjny w trakcie ratującej życie operacji kolana wskazuje, że poważnego lidera, zdolnego podejmować decyzje bez nadprezesa po prostu nie ma. PiS bez JK po prostu czeka implozja. Większość masy upadłościowej chyba przejmie lider Puław, kimkolwiek będzie. Swoją dużo mniejszą niszę będzie miał Natolin, pytanie jednak, czy środowisko będzie w stanie stworzyć jeden obóz, czy też pogrąży się w odmętach pluralizmu partyjnego, jak bywało z socjalkonserwatywną prawicą w latach 90-tych (o ile rydzykici i maciarewici się dogadają, to pytanie co z ziobrystami). Nijakie centrum zapewne szlag trafi, większość chyba złoży jakiś hołd lenny aktualnemu szefowi Puław, ale takie Szydło raczej pójdzie za Ziobrą do Natolina, ewentualnie niezależnej ziobrzej frakcji (partyzanci?). Ten scenariusz ma jednak jedno niepewne założenie – do czasu wyautowania JK z polityki, dojna zmiana nie zdąży rozwalić gospodarki. Co jednak jeśli zdąży? W sytuacji neogomułkowskiego centrum nic się nie zmieni. Natomiast ciężko oberwą Puławy, mocno uzależnione od sytuacji ekonomicznej i odpowiedzialne za gospodarkę. Zapewne dużo stracą do bratnich kukizowców (jeśli ci będą jeszcze istnieć), ale sporo po prostu wróci do PO, kogoś tam zeżre też SLD. Zapewne coś urwie Natolin, ale raczej niezbyt dużo.

Pytanie jak to może wykorzystać opozycja (konstruktywna i totalna). Dla Kukiza i PSLu może być całkiem sensowną opcją jakiś flirt z Puławami. Dla PO, N i SLD chyba lepiej trzymać się z dala (widać, że towarzystwo nie jest w stanie rozgrywać wewnątrzPiSowskich konfliktów, a szkoda), ewentualnie czasem poprzeć Puławy.

Czy można przewidzieć rozwój sytuacji w dłuższej perspektywie? Jest to obarczone sporym ryzykiem. W mojej opinii Natolin przetrwa czas jakiś jako rezerwat paranoicznych dziadków, w końcu jednak dopadnie go demografia i zwolennicy najzwyczajniej wymrą. Młodszych radykałów zagospodaruje ktoś inny. Puławy pewnie jakiś czas będą funkcjonować jako zwykła demokratyczna frakcja na polskiej scenie politycznej, traktowana jednakże z nieufnością i poddana swoistemu ostracyzmowi. Coś jak kiedyś SLD, aczkolwiek ze względu na kompletną nijakość środowiska nie spodziewałbym się wyników typu 40% w wyborach.

 

Amatorska Politologia: Perspektywy

kmsmat

Jako że chwilę nie jestem zarobiony, mogę spłodzić kolejny wpis z cyklu ideolo-politolo, do zapoznania z którym serdecznie zachęcam, szczególnie nie mających co robić z czasem.  Jak napisałem w końcówce poprzedniego, ma być o perspektywach polskich partii politycznych w zależności od ich położenia na spektrum politycznym. Problem jest dość złożony, bo nie tylko od położenia na „ciągu głównym” (pojęcie wyjaśnione w poprzednim wpisie), ale też od czynników od ideologii niezależnych.

Po pierwsze od ogólnej kondycji partii – czy jest ona się w stanie zaprezentować jako poważna i wiarygodna siła, czy też nie (przykładowo takie SD jak najbardziej na ciągu głównym leży, ale wiarygodność ma zerową, i co najwyżej może robić za przylepę w różnych koalicjach wyborczych).

Po drugie od tłoku w danym rejonie ciągu – jeśli w pobliżu jest jakaś duża partia to nie dość, że blokuje rozwój innych i konkuruje o elektorat, ale też wysysa działaczy i struktury, dlatego jeśli już bawić się w plankton to paradoksalnie lepiej poza ciągiem (czyli głęboko w ćwiartce propertariańskiej lub socjalistycznej – i faktycznie, różni korwiniści czy razemici mają się zwykle lepiej niż jakieś pedecje czy KPNy), będzie się tam nieistotnym marginesem, ale przynajmniej marginesem stabilnym.

Po trzecie od stabilności w danym rejonie ciągu – jeśli jest zdominowany przez partię dużą, ale tracącą wiarygodność, to można próbować się wstrzelić (tu kłania się sukces Petru i w sumie też Kukiza). Przy czym chyba lepiej się wstrzelić jako nowa siła – koalicja drobnicy, rozłamowcy z dużej partii itp. niż z pozycji starego planktonu, bo ten zwykle nie ma już potencjału do osiągnięcia sukcesu na skutek wyssania przez większe partie.

Po powyższym wstępie przejdźmy do omówienia poszczególnych partii (nie wszystkich rzecz jasna). No to lecim:

 

PiS

Partia Kaczyńskiego znajduje się gdzieś w centrum ćwiartki solidarystycznej absolutnie dominując okoliczne obszary ciągu głównego. Jest to pozycja bardzo silna i jakiś jeszcze czas stabilna. Partia jest dla elektoratu poważna i wiarygodna, odpowiadająca mu światopoglądowo. Dzikie TKM, BMW, prucie setką po polnych drogach czy wycięcie Białowieży istotnie partii nie zaszkodzą, tym bardziej demontaż TK i innych bezpieczników. Identyfikacja elektoratu z partią jest zbyt silna. Jedyne co może zagrozić, to problemy gospodarcze, zwłaszcza gdy widać będzie, że to skutek polityki rządu. Wyborcy trzepnięci po kieszeni może nie odpłyną w istotnej ilości do innych partii ale dołączą do niegłosujących (może się to stać jeszcze w tym roku..). Pole do manewru jeśli chodzi o ideologię jest niewielkie, najwyżej wzdłuż ciągu głównego w kierunku centrum, w przeciwną stronę jest tylko ściana i skinheadzi, a w poprzek nie ma jak, bo partia wzięła tu już wszystko co było do wzięcia. Zasadniczo by utrzymać obecną pozycję partia profilu ideowego powinna się trzymać (co robi) i nie rozwalać gospodarki (czego nie robi).

 

PO

Partia Schetyny znajduje się gdzieś w centrum ćwiartki liberalnej. Ma problem z wiarygodnością, konkurentów, generalnie niby dominuje, ale jej pozycja w tym sektorze jest słaba i niepewna. Przejściowa detronizacja przez wydmuszkowatą Nowoczesną niewiele nauczyła decydentów, i jeśli tylko pojawi się jakiś poważniejsza konkurencja, historia się powtórzy, a jeśli konkurent będzie naprawdę poważny to PO szlag trafi. Sensowne przeprofilowanie ideologiczne to w zasadzie przesunięcie w głąb ćwiartki liberalnej, gdzie mogłaby dobić Nowoczesną, lub do centrum (styku ćwiartek), gdzie jednakże jest problem z niezbyt mocnymi ale okopanymi w elektoracie konkurentami. Deklaracje Schetyny o powrocie do „koliberalnych korzeni PO” czyli gdzieś w ćwiartkę propertariańską oznaczają migrację poza ciąg główny i kompletną marginalizację a la Gowin.

 

.N

Partia Petru znajduje się dość głęboko w ćwiartce liberalnej. Pozycja ta jest dość wygodna i teoretycznie wystarczająca, aby być jedną z istotniejszych sił politycznych przy słabej konkurencji (PO Schetyny silną konkurencją nie jest..). Problemy wynikają z umiarkowanej powagi i wiarygodności. Partia została napompowana nieco na siłę, kadrowo jest kiepska (przez kukizoidalne zamknięcie na „zawodowych polityków” w przypadku otarcia się o koalicję rządową mogłaby obsadzić stołek rzecznika prasowego, jakichś rzeczników praw tych i owych, może jakiś resort gospodarczy..), wisi na liderze jak jacyś byle korwiniści (dlatego ustrzelenie Petru na Maderze ustrzeliło partię). Sensowna pozycja na ciągu głównym i brak poważnej alternatywy pozwolą jeszcze czas jakiś funkcjonować w drugiej lidze, gdy jednak alternatywa się pojawi, to nie będzie co zbierać. Możliwe przesunięcia na spektrum politycznym – nie bardzo jest gdzie. W głąb ćwiartki tylko ściana, Tanajno i libertarianie, w kierunku centrum PO, które jest w stanie się obronić. Coś można by ugrać nieco przesuwając się w kierunku „inkluzywizmu” (pojęcie wyjaśnione dwa wpisy temu), bo PO poza tym że bliżej centrum jest też lekko w prawo, a ogólnie bądźmy szczerzy - .N to taki nowy lepszy TR. Ciężkim błędem byłoby bawić się w jakieś skręty koliberalne, elektorat Petru jest najbardziej modernistyczny ze wszystkich i jak poczuje, że partia otwiera konserwę to ucieknie.

 

K’15

Klub Kukiza jest mgławicą. Generalnie chyba jednak jego środek znajduje się blisko centrum na styku ćwiartki propertariańskiej i solidarystycznej. Pozycja ta jest dosyć dobra, bo potencjalni konkurenci (SLD i PSL), są w pewnym oddaleniu, a ze względu na ich umiarkowaną siłę przyciągania nie są w stanie w istotnym stopniu podgryzać elektoratu (aczkolwiek działa to w obie strony). Problemem jest niska powaga i wiarygodność – kadrowa bryndza, zbieranina od Sasa do Lasa, pewne ideologiczne nieokreślenie, fiksacja na nieistotnych pierdołach typu JOWy (kogo to obchodzi). W pewnym stopniu rozwiązuje się to samoistnie przez odchodzenie różnych ekstremów, z drugiej strony obniża to siłę partii – błędem było samo przyjmowanie tych ludzi na pokład. Przesunięcia ideologiczne raczej nie są możliwe – bliżej centrum Kukiz wejdzie w zwarcie z mocno okopanymi PSLem i SLD, w stronę ćwiartki solidarystycznej z PiSem, w stronę liberalnej z PO, a dla każdego z tych elektoratów jest mniej wiarygodny od dotychczasowych reprezentantów. Migracja w głąb ćwiartki propertariańskiej zakończy się oczywiście śmietnikiem historii.

 

PSL

Ludowcy siedzą blisko centrum, gdzieś na pograniczu ćwiartki solidarystycznej i socjalistycznej. Wiarygodność i powaga jest cokolwiek umiarkowana, uwiązanie do pługa ogranicza możliwy elektorat, niemniej dzięki okopaniu w terenie PSL może wegetować jeszcze długo. Na pewno pomogłoby otwarcie na elektorat nierolniczy (marząca się co poniektórym liderom chadecja) i większe ambicje dołów partyjnych niż wygranie wyborów na sołtysa, do tego jednak ludowcy wydają się organicznie niezdolni. Migrować nie ma gdzie, bo w zależności od kierunku PiS, Kukiz i SLD blokują, zresztą partia dość rozsądnie nie wykazuje najmniejszych chęci do takich zmian. Kiedyś tam PSL pewnie zdechnie, ale proces będzie długotrwały, zwłaszcza że funkcjonowanie przede wszystkim na szczeblu gminno-powiatowym sprawia, że nawet przerżnięcie wyborów do parlamentu nie musi być zbyt bolesne..

 

SLD

Partia Czarzastego zajmuje pozycję blisko centrum, gdzieś na styku ćwiartki liberalnej i socjalistycznej. Pozycja ta nie jest taka zła, ze względu na pewne niedopieszczenie „lewej strony” ćwiartki liberalnej, problemem jest jednak bardzo niska powaga i wiarygodność. Niby lepiej niż za Millera, ale jedynym wiarygodnym przekazem jaki SLD potrafi wygenerować, wciąż jest „za komuny nie było aż tak źle”, co dość mocno  limituje elektorat do leśnych dziadków z PZPR i MO. Jedyną sensowną ideową migracją byłoby przesunięcie w głąb ćwiartki liberalnej (na jej lewy stok), co rozwiązałoby niewygodę wciśnięcia między PO, K’15 i PSL, problemem jednak jest inercja partii i niska wiarygodność SLD jako „socliberalnych postępowców”. Zapewne za niedługo ktoś sztandar wyprowadzi, może nawet jeszcze Czarzasty.

 

To by było na tyle, jeśli chodzi o partie i komitety z względnie stabilnym ponadpięcioprocentowym poparciem. Ostało się mnóstwo drobnicy, z której z konieczności trzeba coś wybrać. Na początek może drobnica parlamentarna, czyli koalicjanci w przyczepie i rozłamowcy.

 

PR

Gowiniści teoretycznie siedzą umiarkowanie głęboko w ćwiartce propertariańskiej. W praktyce ich położenie nie ma żadnego znaczenia, bo są jedynie nieistotnym satelitą PiSu. W sumie była to chyba jedyna sensowna opcja, gdy okazało się, że poprzednie położenie nie zapewnia żadnego godnego uwagi elektoratu. Tak przynajmniej uda się dotrwać do kolejnych wyborów, choć pewnie nie dłużej.

 

SP

Ziobryści są tylko nikomu niepotrzebnym klonem PiSu i jako taki zapewne zostaną wkrótce wchłonięci. Po powrocie Jacka i Zbyszka na czułe łono nadprezesa, partia straciła sens, na walkę o schedę gdy rzeczony w końcu zejdzie, lepiej czekać wewnątrz.

 

WiS

A cholera wie. Leży to gdzieś na granicy ćwiartki solidarystycznej i socjalistycznej, dość daleko od centrum. Nikomu niepotrzebne, skażone przy poczęciu, jest tylko epizodem.

 

UED

Partia z potencjałem ale bez „aktuału”. Głęboko w ćwiartce liberalnej. Niby miejsca nie ma, ale sporo elektoratu PO-.N czeka na nową ofertę. Szansa jest, ale towarzystwo chyba chce ją zmarnować jak wcześniej BC.

 

Republikanie

A kogo to obchodzi.

 

Trochę interesujących, co nie znaczy że perspektywicznych drobiazgów, można znaleźć i poza sejmem.

 

Partie korwinopochodne – Wolność (tak to się nazywa w tym tygodniu?), KNP, UPR. Daleko od ciągu głównego w głębi ćwiartki propertariańskiej. Skazani na bycie nieistotnym ale stabilnym marginesem kanap wzajemnej masturbacji. Wolność to prywatny harem JKMa, gdy biologia zrobi z nim porządek to i z partią. Zaczyna być widoczne całkowite oparcie na gimbazie z fejsa, partia ma literalnie dwa rozpoznawalne nazwiska, oraz kompletny brak powagi związany z burdelem (przenośnia wyjątkowo adekwatna) w prywatnym życiu lidera. UPR zamotane gdzieś między korwinistami a narodowcami raczej zniknie. Najdłużej chyba przetrwa KNP bo jakieś stabilne poparcie ma, a nie wisi na liderze.

 

Partie tru-lewicowe – Razem, RSS, PPP, Zieloni. Daleko w głębi ćwiartki socjalistycznej są lustrzanym odbiciem korwinistów, tak samo stabilni, tak samo nieistotni. Mniej kolektywistyczni mogliby się załapać na jakieś demoliberalne koalicje i wjechać na przyczepkę do sejmu jak narodowcy i kolibry na Kukizie, ale brakło realizmu politycznego. Razem, które tu rządzi może być stabilnym dominantem, jak i efemerą, największe sucesy raczej już za nimi. RSS będzie istnieć tak długo, aż Ikonowicz nie znajdzie nowego wehikułu. PPP raczej stabilne powolne gnicie. Zieloni zawieszeni gdzieś między tru-lewicą a socliberałami może podepną się pod jakieś WRD czy co tam się urodzi.

 

Narodowcy – dość różnorodni, niejednolici, od głębi ćwiartki solidarystycznej (na przedłużeniu ciągu, ale poza nim) po styk z propertariańską. Za radykalni (ekskluzywizm) nawet na satelitów PiSu choć przez niego rozgrywani. Ogólne poparcie stabilne i nieistotne, poszczególne ugrupowania skonfliktowane, często z problemami wewnętrznymi. Dominują RN/MW (kanapa wzajemnej masturbacji), ONR (stabilny margines bez znaczenia), NOP (za daleko od szosy, za blisko ustriackiego malarstwa pejzażowego), gdzieś plącze się Marian K. kompletnie niezauważalny poza Lublinem.

 

Socliberałowie – ćwiartka liberalna, lewy stok ciągu głównego. Umiarkowanie róznorodni. TR, BC, SDPL etc. Pojedynczo nieistotni, w kupie mogliby namieszać, bo PO i chyba .N okupują prawy stok, więc trochę miejsca jest. Może coś się urodzi z pomysłów Nowackiej, może załapią się na jakieś WRD. Ogólnie problemem środowiska jest „weźmy się i zróbcie” i wysysanie przez względnie bliskie PO. Potencjał bez aktuału.

 

SD – ćwiartka liberalna, prawy stok ciągu głównego. Obarczone kompletnie niewiarygodnym liderem, zduszone przez PO i .N, samoistnie nie ma szans na nic, może się załapać na jakąś demoliberalną koalicję.

 

Gdzieś się tam jeszcze plączą różni dziwni monarchiści, komuniści, sierotki po samoobronie, libertarianie, Tanajno, itp. zjawiska satyryczno-rozrywkowe, których omawiać nie ma większego sensu.

 

Na koniec pewne podsumowanie. Okolice ciągu głównego, gdzie dzieje się wszytko co istotne, daje się podzielić na trzy strefy, dość różniące się wewnętrzną strukturą. W głębi ćwiartki solidarystycznej królowa jest tylko jedna, a jest nią JK. Póki on się trzyma, PiS absolutnie tu dominuje, po jego odejściu zapewne dojdzie do fragmentacji, jak w pierwszej połowie lat 90-tych. W centrum na styku ćwiartek mamy swoistą fragmentację, trzy słabawe ugrupowania (K’15, SLD i PSL) mocno okopane na jakichś niszowych problemach, budujące sobie alternatywne nieprzenikające się wszechświaty, tu też największa frustracja elektoratu (paradoksalnie antysystemowcy w Polsce to samiuśkie centrum). W głębi ćwiartki liberalnej konkurencja dwóch silnych ale wrażliwych partii, z sinymi przepływani elektoratu, tudzież drobnica z różnym potencjałem. Niska stabilność wewnętrzna centrum i liberałów sprawia, że tu może dojść do największych przetasowań. W centrum może zaatakować jakiś nowy twór, gdy Kukiz już się zużyje, najwięcej miejsca chyba jest na granicy ćwiartek liberalnej i propertariańskiej. Taki ruch musiałby być jednak ideologicznie nieradykalny aby pozostać w ciągu głównym, niewiele bardziej wolnorynkowy niż Kukiz czy SLD. U liberałów raczej należy się spodziewać intensywnych wewnętrznych rekonfiguracji, ale trudno przewidzieć w którą stronę. W każdym razie powinno być ciekawie.

Amatorska Politologia: Ciąg główny

kmsmat

Niniejszy wpis ma być w założeniu rozwinięciem poprzedniego, a konkretnie próbą przełożenia tego na polskie spektrum polityczne. Próbą ustalenia, czy da się tu wyodrębnić jakieś wzorce, oraz jak ewentualna struktura zmienia się w czasie. Zakres czasowy to III RP, komuny, międzywojnia, czy starszych okresów analizować mi się zwyczajnie nie chce.

W poprzednim wpisie podzieliłem scenę polityczną według dwóch osi: indywidualizm-kolektywizm (w pewnym stopniu korelującą, choć nieidentyczną  z powszechnie stosowaną osią ekonomiczną wolny rynek-centralne planowanie), opisującą podejście do wewnętrznej struktury społeczeństwa (czyli jaka proporcja zachodzi między zakresem wolności jednostki a jej podporządkowaniu wymaganiom społeczeństwa w danym światopoglądzie), oraz inkluzywizm-ekskluzywizm (w pewnym stopniu korelującą, choć nieidentyczną z powszechnie stosowaną osią obyczajową konserwatyzm-modernizm), opisującą stopień otwartości społeczeństwa (co w zasadzie sprowadza się do wewnętrznego pluralizmu – akceptacji odmienności światopoglądowych, etnicznych, seksualnych, etc.). Dla uproszczenia ćwiartki będą nazywane następująco: inkluzywno-indywidualistyczna – ćwiartka liberalna, inkluzywno – kolektywistyczna – ćwiartka socjalna, ekskluzywno-kolektywistyczna – ćwiartka solidarystyczna i ekskluzywno-indywidualistyczna – ćwiartka propertariańska. Nazwy te nie są niczym więcej niż pretensjonalnym uproszczeniem, mającym dosyć luźny związek z konkretnymi ideologiami.

 Konkretne przyporządkowania sił politycznych do układu współrzędnych tworzonego przez obie osie zostały dokonane przez autora na oko i broń borze szumiący nie należy ich uważać za jakieś naukowe pewniki oparte na rzetelnych badaniach socjologicznych.

Jeśli faktycznie jakaś struktura w ukształtowaniu polskiego spektrum istnieje, można mieć pewne oczekiwania względem jej zachowania się w czasie. Przede wszystkim powinna być wyraźniejsza w okresach stabilności politycznej, a bardziej rozmyta w czasie większych tąpnięć, gdy z jednej strony pogubione elektoraty w poszukiwaniu nowych reprezentacji mogą zachowywać się chaotycznie, w sposób nie odpowiadający do końca własnym preferencjom, a z drugiej same siły polityczne, zwłaszcza nowe, ale w jakimś stopniu i stare dopiero szukają swoich niszy. Sam ten czynnik powoduje, że np. nie ma za bardzo sensu analizować najwcześniejszego okresu III RP, zaraz po upadku komuny, gdy mieliśmy do czynienia z największą rewolucją na scenie politycznej, przy której wszystkie późniejsze to ledwie lekkie wstrząsy.

Po drugie najbardziej reprezentatywne powinny być partie ze stabilnym poparciem w dłuższym okresie czasu. Założenie to nie jest powtórzeniem poprzedniego, ponieważ niektóre siły polityczne powinny być stabilne także w „okresach burzy i naporu”, które zwykle dotyczą nie całości sceny politycznej a tylko jej pewnych fragmentów (choć nierzadko bardzo dużych) – w końcu np. kompromitacja rządu to przede wszystkim problem wyborców rządzącej partii a nie opozycji.

Drugie założenie, jakie można poczynić to takie, że im partia ma większy elektorat tym bardziej będzie reprezentatywna dla ogólnego wzorca. Mniejsze siły mogą po prostu zająć jakieś egzotyczne i nieistotne w skraju kraju nisze.

Za okres największej stabilności należy uznać osiem lat rządów PO. Abstrahując od ocen tej partii, był to czas, gdy scena polityczna zmieniała się w niewielkim stopniu i dominowały te same siły polityczne. Jeśli więc jakaś struktura istnieje, to w tym czasie powinna być najwyraźniejsza. Faktycznie taki wzorzec istnieje i jest on bardzo wyraźny.

W tym okresie cztery partie cechowały się stałym (mniej więcej) poparciem pozwalającym na regularne wchodzenie do parlamentu, są to PO, PiS, SLD i PSL. Do tego dwie z nich istniały jako istotne siły polityczne już od czasów zawalenia się AWSu (PO i PiS), a dwie od samiuśkiego upadku komuny (SLD i PSL), były to więc siły bardzo stabilne. Próbując je umiejscowić na postulowanym w poprzednim artykule układzie osi (indywidualizm-kolektywizm i inkluzywizm-ekskluzywizm) wychodzi bardzo ciekawa rzecz: układają się one w ciąg PiS-PSL-SLD-PO w którym każda kolejna partia będzie coraz bardziej indywidualistyczna i inkluzywna, czy też zaczynając od drugiej strony każda kolejna będzie bardziej kolektywistyczna i ekskluzywna. Pewne wątpliwości można mieć względem SLD – niewątpliwie jest bardziej kolektywistyczna od PO, ale czy bardziej ekskluzywna? W zasadzie tak. Od czasów pierwszego Millera „postępowi socjaldemokraci” byli stopniowo wypierani, stan na dziś to w zasadzie okruchy PZPRowskiego aparatu, na który głosują emerytowani milicjanci, a więc grupy które trudno podejrzewać o jakiś wybitny modernizm obyczajowo-społeczny. Do tego ci wycięci nierzadko z powodzeniem w okolicach PO się odnajdywali. Można rzecz jasna argumentować, że cięcie szło według klucza politycznego a nie ideowego, i w zasadzie jest to prawda, ale skutek był właśnie taki: powolne przesuwanie się w stronę punktu przecięcia osi na „ideowym układzie współrzędnych”.

Sumarycznie wychodzi taki obraz: w głębi liberalnej PO, w tej samej ćwiartce, ale blisko przecięcia osi SLD (raczej inkluzywne niż indywidualistyczne, praktycznie na granicy kolektywizmu, więc blisko ćwiartki socjalnej), w ćwiartce solidarystycznej PSL blisko punktu przecięcia osi (raczej kolektywistyczne niż ekskluzywne), w tej samej ćwiartce, ale w głębi PiS, w pozostałych dwóch ćwiartkach nic. Jest to dość ciekawe, ponieważ intuicyjne rozumienie terminu prawica to „liberalny konserwatyzm” (czyli zasadniczo ekskluzywny indywidualizm), a terminu lewica „postępowy socjalizm” (czyli zasadniczo inkluzywny kolektywizm). Tymczasem spektrum polityczne Polski wygląda na w zasadzie prostopadłe do tradycyjnej osi „prawo-lewo”. O niskiej sensowności w polskich realiach tego tradycyjnego podziału świadczy też jeszcze jedna rzecz: przyjmując zwyczajowe określenia, według których PiS i PSL to prawica, PO centrum, a SLD lewica, wychodzi że lewica leży między prawicą a centrum (i faktycznie, gdyby się zastanowić co wyjdzie ze skrzyżowania Tuska z Kaczyńskim – ano wyjdzie coś w stylu Millera). Tu trzeba przyznać rację prezesowi Polski, którego podział na „Polskę solidarną” i „Polskę liberalną” o wiele lepiej odpowiada rzeczywistości. A właściwie nie tyle podział, co kontinuum ciągnące się od PiSu (ekskluzywny kolektywizm) do PO (inkluzywny indywidualizm). Nieco ten układ przypomina coś, co w astronomii nazywa się ciągiem głównym. Chodzi tu o zależność między masą gwiazdy a jej temperaturą i kolorem – lekkie są zimne, czerwone lub pomarańczowe, średnie żółte, a ciężkie białe lub niebieskie. Tu zostanie sformułowana hipoteza – polskie elektoraty są skupione w umiarkowanie wąski pas ciągnący się na układzie współrzędnych wzdłuż przekątnej solidaryzm-liberalizm. Wszystkie istotne polityczne zjawiska zachodzą właśnie w tym „ciągu głównym”, poza którym jest tylko płacz, zgrzytanie zębów i wyniki wyborcze rzędu 2,5%, przynajmniej w bardziej stabilnych okresach.

W ramach weryfikacji hipotezy można zapytać co z innymi partiami, które w ciągu tych ośmiu lat przewinęły się przez politykę osiągając większą popularność. Właściwie była tylko jedna taka – partia Palikota, obecnie funkcjonująca (?) pod skrótem TR. U swych początków była ona bardzo inkluzywna i dość mocno indywidualistyczna, pod kątem liberalizmu gospodarczego zbliżona do PO (może nawet bardziej liberalna) a liberalizmu społecznego znacznie Platformę przewyższająca. Do hipotezy ideowego ciągu głównego jak najbardziej więc pasowała. W późniejszym okresie zdryfowała ze swojej pierwotnej niszy na pozycje wyraźnie bardziej kolektywistyczne – państwo budujące fabryki i inne zajeżdżające socjalizmem tendencje. Jakoś tak zupełnie zgodnie z hipotezą złożyło się w czasie wraz ze spadkiem poparcia, który w końcu doprowadził do kompletnej marginalizacji. Oczywiście nie był to jedyny powód upadku – TR okazał się żenującym kabaretem, w którym wariaci z łapanki skakali sobie po głowach. Niemniej zmiana profilu programowego musiała mieć swój wpływ.

W ciągu ostatniego roku doszło do znacznych przetasowań na scenie politycznej, związanej z kryzysem w PO i SLD, co zaowocowało pojawieniem się dwóch nowych istotnych sił. Pierwsza z nich, .Nowoczesna do tytułowej hipotezy pasuje idealnie. .N jest ewidentnie inkluzywna i indywidualistyczna, w obu kategoriach wyprzedzając zresztą PO. Zgodność z hipotezą jest tak ewidentna, że szkoda się nad nią rozwodzić. Drugi przypadek, K’15 (formalnie to nie partia, ale szkoda czasu na roztrząsanie takiej pierdoły) jest trudniejszy. Podstawowa trudność to niejasność w umiejscowieniu partii Kukiza w konkretnym punkcie spektrum politycznego. Drugi problem to zmienność w czasie objawiająca się roszadami na listach wyborczych, które miała prawo mieć silny wpływ na poparcie określonych grup elektoratu. W okresie wyborów prezydenckich i formowania komitetu wyborczego na listach zwracały uwagę dwie grupy. Pierwsza to różni lewicujący działacze (Guział), ruchy miejskie i podobne, jednoznacznie wpisujące się w ćwiartkę liberalną. Tu chyba można uplasować część woJOWników, ale o poglądach tej grupy trudno cokolwiek powiedzieć, w końcu łączył ją tylko jeden postulat, do tego bzdurny. Druga to chadecy z Bezpartyjnych Samorządowców, blisko centrum spektrum, chyba delikatnie przesunięci w stronę ekskluzywnego kolektywizmu. Lokowałoby to K’15 gdzieś pomiędzy SLD a PSL. Co ciekawe, poparcie obu tych partii znacznie w tym okresie spadło, zwraca też uwagę bardzo niski wynik ich kandydatów w wyborach prezydenckich. W późniejszym okresie Kukiz nie wiadomo po jaką cholerę zrobił na listach rewolucję, rzeczonych powywalał i poprzyjmował jakichś narodowców. Zgodnie z hipotezą powinna wtedy odpłynąć przynajmniej część lewicującego elektoratu – i faktycznie coś takiego miało miejsce, K’15 spadło, a SLD trochę urosło. Potem doszło do kolejnej wolty – Kukiz powywalał narodowców, zostawiając jakąś mętną mgławicę. Obecnie okupuje chyba pozycje zbliżone do PSLu, co by zgadzało się z kiepskimi sondażami poparcia ludowców. Reasumując nawet w okresie przewrotu politycznego ogólny wzorzec ciągu głównego się zasadniczo utrzymał.

Pytanie co z wielkimi przegranymi tych wyborów, którzy o próg wyborczy się otarli – KORWiNem i Razem. Pierwsza z tych partii jest skrajnie głęboko indywidualistyczna i ekskluzywna, a druga raczej kolektywistyczna i zdecydowanie inkluzywna. W świetle tytułowej hipotezy ich przegrana jest banalna, obie partie znajdują się daleko od ciągu głównego, gdzie elektoratu prawie nie ma, i coś ugrać można najwyżej w warunkach głębokiego tąpnięcia na scenie politycznej. Czyli w zasadzie stało się to, co powinno wydarzyć się według tytułowej koncepcji. Ciekawym aspektem tej sytuacji jest to, że obie partie bardzo dobrze odpowiadają tradycyjnemu ujęciu prawicy i lewicy. Najwyraźniej miejsca na klasycznie prawicowe i lewicowe partie w Polsce nie ma, brakuje elektoratu o takim profilu światopoglądowym.

Kolejne pytane jakie można postawić to kiedy spektrum polityczne w Polsce przybrało taką formę. Najprościej po prostu analizować wstecz wyniki kolejnych wyborów. Zaraz przed ośmioma latami PO mieliśmy dwa lata IV RP. Był to okres przejściowy, wysoce niestabilny, przedłużone polityczne trzęsienie ziemi, rozpoczęte upadkiem SLD a zakończone dopiero wraz z ustaleniem tego ośmioletniego okresu długotrwałej równowagi. Większość sił politycznych z tego okresu istnieje do dzisiaj i jest istotna, ale zmieniły się pozycje części z nich. Jedynie SLD i PSL są dziś w zasadzie tam gdzie wtedy. PiS idąc do wyborów w 2005 usiłował zająć pozycję w tej samej ćwiartce co dziś, ale zdecydowanie bliżej centrum. PO na osi opisującej strukturę społeczną było zdecydowanie indywidualistyczne, a na opisującej pluralizm balansowało gdzieś na granicy inkluzywizmu i ekskluzywizmu. Ponadto istniały jeszcze dwie partie zajmujące ćwiartkę solidarystyczną – zdecydowanie ekskluzywna LPR i zdecydowanie kolektywna Samoobrona. Zwraca uwagę brak czegokolwiek w głębi ćwiartek odpowiadających klasycznej lewicy i prawicy, choć można się zastanawiać nad obrzeżami (PO i SO były właściwie na umownej granicy).  W trakcie tych dwóch lat doszło do dość mocnych przesunięć w spektrum i na scenie politycznej Polski. Po pierwsze PO przesunęło się zdecydowanie w kierunku inkluzywizmu, jednoznacznie plasując się w ćwiartce liberalnej, co przełożyło się też na zwycięstwo w kolejnych wyborach (przejęto liczny, a niezagospodarowany elektorat). Po drugie PiS przesunął się w głąb ćwiartki solidarystycznej zagryzając koalicjantów z SO i LPR.

Przejdźmy do wcześniejszych wyborów w 2001 roku. Ich zwycięzcą było SLD jednoznacznie dominujące w ćwiartce liberalnej, początkowo położone w jej głębi, później przesuwające się bliżej centrum. PSL był tam gdzie zawsze, PO szukało miejsca gdzieś na granicy ćwiartki liberalnej i propertariańskiej, PiS, LPR i SO były z grubsza tam gdzie później. W trakcie kadencji zdarzyła się jedna istotna rzecz – SLD się ciężko skompromitowało, co w połączeniu z wysokim bezrobociem doprowadziło do głębokiego osierocenia ćwiartki liberalnej. Dało to liczny elektorat bez poważnej reprezentacji (próby SDPL i PD przejęcia tych wyborców były zbyt żenujące, aby móc się powieść), który w przyszłości stał się bazą sukcesu PO.

Cofnijmy się do roku  1997. Krajobraz powyborczy wyglądał wtedy bardzo różnie od dzisiejszego. Ćwiartka solidarystyczna była zdominowana przez AWS, w jej głębi siedział sobie ROP, a blisko centrum PSL. W ćwiartce liberalnej SLD, a na jej granicy z propertariańską UW. W trakcie kadencji ten układ rypnął wraz z rządzącą koalicją AWS-UW. Potop zmył koalicjantów i ROP, a z ich ruin wykluły się PO, PiS, LPR, a z zewnątrz na salony wryła się marginalna do tej pory Samoobrona.

Na koniec rok 1997. Zwycięzcą było zajmujące ćwiartkę liberalną SLD. PSL było tam gdzie zawsze, UD zajmowało pogranicze ćwiartek liberalnej i propertariańskiej, UP socjalną, ale blisko granicy z liberalną, a w głębi ćwiartki solidarystycznej mnóstwo żrącej się drobnicy, z której mocno przypadkowo próg przebiły wyłącznie BBWR i KNP. W trakcie kadencji doszło do marginalizacji UP, a solidarystyczna drobnica w bólu i trudzie zblokowała się w AWS.

Czy można na podstawie tych danych stwierdzić, czy ciąg główny działał już przed ośmioma latami Tuska? Zasadniczo tak, występowały jednak dwa charakterystyczne odchylenia. Pierwsze z nich to długotrwałe zajmowanie niszy na pograniczu ćwiartki liberalnej i propertariańskiej w dużym oddaleniu od centrum przez ciąg UD-UW-PO. Skończyło się ono dopiero w okolicach koalicji PiSu z Samoobroną. Pytanie, czemu dłuższy czas taka nisza pozwalała na funkcjonowanie w polityce, a potem nagle przestała, wydaje się być ciekawe. Odpowiedź moim zdaniem jest bardzo nieoczywista. Myślę, że powodem utraty funkcjonalności przez tę niszę była właśnie.. wspomniana koalicja PiSu z Samoobroną. O co chodzi – ano po upadku jedynie słusznego ustroju w polityce funkcjonował głęboki podział na postkomunę i antykomunę. Antykomunizm był kojarzony z prawicowością, w związku z tym identyfikujące się z tym podejściem partie i w jakimś stopniu elektorat postrzegały się jako bardziej prawicowe niż były w rzeczywistości, co dość iluzorycznie przesuwało część elektoratu z ćwiartki liberalnej w stronę propertariańskiej. Problem w tym, że była to taka trochę prawicowość na siłę, deklarowany światopogląd nieco rozmijał się z rzeczywistym. Widać to po kolapsie UW, deklarującej się jako konserwatywno-liberalna prawica. Gdy Balcerowicz uwierzył w to spozycjonowanie i współtworzył z AWSem rząd pełen ufoków w rodzaju Kapery, elektorat nie zdzierżył (bo był dużo mniej konserwatywny niż jemu samemu się zdawało) i zostawił partię na lodzie (innego wytłumaczenia po prostu nie widzę, UW nie przydarzyły się żadne afery w stylu Rywina, politycy nie przeżyli okresu zidiocenia porównywalnego z wierchuszką PO w ostatnich wyborach, żadnego oczywistego powodu tej zapaści nie widać). Najwyraźniej politykę należało prowadzić na zasadzie deklarowanego konserwatyzmu, ale realizowanego progresywizmu. Po romansie Jarkacza z Lepperem ten motyw po prostu kompletnie stracił znaczenie (SO realnie było dużo bardziej postsowieckie niż SLD w najgorszych momentach) i „udecki” elektorat wskoczył na pozycję, którą podświadomie i tak zajmował, ale nie był w stanie się do tego przyznać, co następnie zostało skonsumowane z sukcesem przez PO (pytanie czy nie był to też powód marginalizacji środowiska „Kościoła otwartego” – Tygodnik Powszechny, Życiński, Pieronek etc.). Druga anomalia to UP. Tu sytuacja wydaje się dosyć prosta - w zamieszaniu po upadku komuny część elektoratu, który później wpadł w ćwiartkę liberalną mogła z powodu niepewnej sytuacji przesunąć się w kierunku większego kolektywizmu. Ponadto partia usiłowała być jednocześnie antykomunistyczna (czyli prawicowa) i głęboko lewicowa jednocześnie. Strategia po pierwsze schizofreniczna, po drugie pozbawiająca partię poważniejszej zdolności koalicyjnej (najsensowniejszym koalicjantem było postkomunistyczne SLD, co zaowocowało bzdurami w rodzaju sumienia lewicy itp.). Do tego dla elektoratu partii wątek antykomunistyczny miał stosunkowo słabe znaczenie, co tylko przyśpieszyło marginalizację.

Podsumowując ciąg główny pojawił się w polskiej polityce już na wczesnym etapie III RP. Obecne na początkowo odchylenia były niewielkie i wynikały z pewnych (anty)PRLowskich sentymentów, które z czasem kompletnie straciły znaczenie. Jako że nic nie wskazuje, aby ten mechanizm miał w przewidywalnej przyszłości miał przestać działać, a porządna hipoteza powinna pozwalać nie tylko opisywać ale też i przewidywać, w kolejnym wpisie spróbuję przełożyć to na obecną sytuację sceny politycznej a konkretnie jej możliwe perspektywy.

Amatorska Politologia: Prawica, lewica, zadnica

kmsmat

W ramach odpoczynku od polityki dziś zajmę się metapolityką. Czyli swoistą teorią polityki, a przynajmniej niektórymi jej aspektami. Najczęściej scenę polityczną usiłuje się dzielić na dwa skrzydła – prawe i lewe, czasem dodając centrum, które ma być jakoby między nimi pośrednie. Sposobów podziału na lewicę i prawicę jest multum, ale wszystkie mają jedną charakterystyczną cechę - bardzo niewiele mówią o przedmiocie dzielonym, a sporo o podmiocie dzielącym. Jeśli na przykład zetkniemy się z opinią, że PiS i PO to partie lewicowe, nic konkretnego nam to o programach tych partii nie powie, ale z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, że autor takiej opinii jest korwinistą. Podobnie jeśli usłyszymy, że SLD to centroprawica, nic konkretnego o poglądach przeciętnego SLDowca się nie dowiemy, ale w ciemno możemy strzelać, że mamy do czynienia jakimś radykalnym socjalistą. Ba, możemy się nawet zetknąć z podziałem, w którym PiS, PO, SLD i KPP będą określone jako prawica. Oznacza to, że trafiliśmy na prawdziwego białego kruka, czy inne cielę z dwiema głowami, czyli „lewicowego libertarianina”. Czemu tak? Ano temu, że większość tych podziałów nie służy jakiemukolwiek porządkowaniu rzeczywistości, a jedynie celom autoerotycznym, czyli dowartościowaniu się na zasadzie „my som jedynie słuszna i prawdziwa lewica/prawica”. Ponadto służą one jako intelektualny łom w dyskusjach okołopolitycznych. Zasadniczo zjawiska takie występują głównie na głębokich ekstremach, jakoś niewielu masturbuje się własną jedynie słuszną i prawdziwą centrowością.
Istnieje oczywiście podział mainstreamowy, który jest użyteczny, bo większość użytkowników jakoś instynktownie wyczuwa jakąś głęboką więź między ogolonymi na łyso łebkami pitolącymi o centralnie sterowanych odżydzonych korporacjach, a zboczonymi dziadami w muszkach bełkoczącymi o całkowicie wolnym rynku, który zapanuje, gdy baby przyspawa się do zlewozmywaków, a także między zwolennikami pełnego państwowego zamordyzmu jak w złotym wieku epoki Bieruta i anarchizującymi skłotersami budującymi alternatywne bezpaństwowe społeczeństwo za bilety Narodowego Banku Polskiego wyżebrane w społeczeństwie nieco mniej alternatywnym. W istocie te podskórne pokrewieństwa wyczuwają i sami rzeczeni, co łatwo poznać po zadziwiająco częstych przepływach działaczy, nieukrywanych sympatiach, wyborczych koalicjach, w ostateczności po podejściu typu „oni to faktyczni prawica/lewica, ale wypaczona, to my jesteśmy ci jedynie słuszni i prawdziwi". Niemniej sens tego zwyczajowego podziału mało kto potrafi jakoś w sposób mający ręce i nogi wytłumaczyć.
Z uwagi na problemy związane z wyraźną nieliniowością sceny politycznej próbowano i innych metod podziału. Był na przykład podział trójskrzydłowy dzielący spektrum na indywidualizm (prymat wolności jednostki), kolektywizm (prymat dobra wspólnego) i organicyzm (prymat naturalnej struktury społecznej). Jest on jednakże rzadko spotykany, bo w sumie nie wiadomo po co wyróżniać ten organicyzm będący w zasadzie osadzonym w tradycji kolektywizmem. Z tego względu stosują go głównie konserwatyści, którym rzeczony organicyzm pozwala się zdefiniować jako coś odrębnego od pobożnej wersji nielubianych kolektywistycznych socjalistów, co właściwie plasuje to w kategorii podziałów autoerotycznych.
Modny ostatnimi czasy jest podział dwuosiowy. Czyli mamy dwie, dosyć mętnie zdefiniowane prostopadłe osie, jedna zwykle odpowiada za kwestie ekonomiczne (od etatyzmu do leseferyzmu) a druga światopoglądowe (od rygoryzmu do libertynizmu). Faktycznie jest on dość wygodny, jednak podskórnie można wyczuć, że jest to jednak pewne uproszczenie, produkuje też pewne bzdury. Przykładowo zarówno faszyzm jak i komunizm wpadają tu do jednej ćwiartki rygorystyczno-etatystycznej, mimo dość oczywistych różnic, natomiast ćwiartka libertyńsko-etatystyczna jest zasadzie pusta, centralne planowanie i związki partnerskie po prostu nie chodzą w parze. Można się więc zastanowić, czy nie udałoby się stworzyć osi lepiej oddających rzeczywistość. Jedna z nich wydaje się być w miarę oczywista. Chodzi tu o proste kontinuum kolektywizm-indywidualizm. W pewnym stopniu odpowiada ona tradycyjnej osi gospodarczej, ale bynajmniej nie jest to proste, bezpośrednie przełożenie. Socjal na ten przykład, jest kojarzony raczej z etatyzmem, niemniej do kontinuum indywidualizm-kolektywizm ma się dosyć prostokątnie, a można nawet zaryzykować tezę, że jakoś tam koreluje z biegunem indywidualistycznym - w krajach o generalnie wolnej gospodarce i liberalnym systemie społecznym socjal jest zwykle wyższy niż w centralnie planowanych zamordyzmach. Pierwszy powód tego stanu jest względnie prosty – to kosztuje, a w etatyzmie pieniędzy notorycznie brakuje. Drugi wynika z samych fundamentów ideowych – w kolektywistycznym podejściu inwalidzi, nie radzący sobie i podobni nieprzystosowani są w istocie obciążeniem dla wspólnoty (wspomnijmy zresztą do bólu kolektywistyczną III Rzeszę..), państwową pomoc dla takich osób w istocie łatwiej uzasadnić na gruncie podmiotowości jednostki (właściwie to jest bardziej jakiś personalizm, niż indywidualizm, ale obie osie są na tyle zbieżne, że można je potraktować w uproszczeniu jako jedną). Niemniej spora korelacja z osią gospodarczą jest nieunikniona, mocne wychylenie w stronę indywidualizmu musi pociągać za sobą sporą wolność gospodarczą, a w stronę kolektywizmu spory etatyzm i interwencjonizm.
Z drugą osią jest i łatwiej i trudniej. Łatwiej bo od razu widać, że to co tradycyjnie jest tu proponowane to tylko uproszczenie jakiejś głębszej rzeczywistości, trudniej bo trudniej dojść o co właściwie chodzi. Wiele historycznych sporów daje się objaśnić przez opozycję elitaryzm-egalitaryzm. Nawet nieźle koreluje to z podziałem na prawicę i lewicę – konserwatywna prawica starej daty była do bólu elitarna, z kolei komunizm to egalitarny walec równający wszystko jak leci. Czasami jednak są z tym podziałem problemy. Trudno na przykład jednoznacznie przypisać tu głębokie totalitaryzmy, które wykazywały sporo elitarnych tendencji (przewodnia rola partii, awangarda klasy robotniczej, etc), ale miały też mocno egalitarne akcenty. Czasami występowały też cuda dziwy jak polska demokracja szlachecka, czyli szeroka elita epatująca wewnętrznym egalitaryzmem. Problem jest też z takimi tworami jak niewolnicze stany na południu USA, gdzie z jednej strony o egalitaryzmie ciężko mówić, z drugiej "elita" obejmowała ponad połowę społeczeństwa. Właściwie chyba mamy tu dwie mocno skorelowane, ale nie tożsame osie, jedną mierzącą poziom elitaryzmu, a drugą egalitaryzmu. Kiepsko też się to sprawdza blisko centrum, współczesny mainstream polityczny to jak leci względny egalitaryzm, niemniej różnice ideologiczne są dostrzegalne.
Jako rozwiązanie proponowałbym tu oś „inkluzywizm-ekskluzywizm”, czyli po prostu społeczeństwo otwarte-zamknięte. Podział ten ma tą zaletę, że ten elitaryzm i egalitaryzm w sobie mieści, ale tłumaczy też nieźle przypadki problematyczne. Bardzo wyraźnie widać tu np. różnicę między faszyzmem i komunizmem, łatwo zaklasyfikować ustrój CSA, można rozeznać się w dzisiejszej mocno postpolitycznej rzeczywistości.
Sumarycznie wyglądałoby to tak:
1) Oś indywidualizm-kolektywizm określa jak społeczeństwo funkcjonuje, czy opiera się na podmiotowości jednostki i przedmiotowości zbiorowości, czy odwrotnie.
2) Oś inkluzywizm-ekskluzywizm określa jak społeczeństwo jest definiowane, czyli kto do niego należy.
Jak by to wyglądało w praktyce. Mamy cztery ćwiartki.
1) Inkluzywistyczno-indywidualistyczna obejmuje różne wariacje w temacie lewicowo-liberalnym. Tu leży socjaldemokracja (bliżej osi drugiej), socliberalizm (gdzieś w środku), progresywny liberalizm (bliżej pierwszej), lewicujące anarchizmy (gdzieś w skrajnym narożniku).
2) Ekskluzywistyczno-indywidualistyczna. Tu podpadają różne wariacje w temacie konserwatywnego liberalizmu.
3) Inkluzywistyczno-kolektywistyczna. Tu socjalizm, komunizm i podobne.
4) Ekskluzywistyczno-kolektywistyczna. Tu tradycjonalny konserwatyzm (bliżej osi drugiej), faszyzm (bliżej osi pierwszej), nazizm (w skrajnym narożniku).
Pewne ideologie wypadną w okolicach samych osi nie zachodząc zbyt mocno na konkretną ćwiartkę. Na osi pierwszej:
1) Po stronie indywidualizmu liberalizm, na skraju libertarianizm.
2) Po stronie kolektywizmu różne populizmy typu Peron, Lepper i podobne. Gdzieś na skraju Pol Pot.
Na osi drugiej:
1) Po stronie ekskluzywizmu różne ewolucyjne konserwatyzmy w stylu Edmunda Burke’a.
2) Po stronie inkluzywizmu różne lewicowe wynalazki w stylu Mahatmy Gandhiego.
Warto zauważyć jedną rzecz: tradycyjny podział lewo-prawo praktycznie pokrywa się z osią drugą. Co prawda pierwsza jest bardziej widoczna „po objawach”, ale druga odwołuje się do silniejszych emocji. W paradzie równości zobaczymy maszerujących razem socjalistów i postępowych liberałów, w paradzie normalności narodowych socjalistów i kolibrów. Kombinacje według osi pierwszej są bardzo rzadkie (anarchiści i kolibry na marszu wolnych konopi?) a i nie wiadomo, czy towarzystwo nie rzuci się sobie do gardeł. Przepływy działaczy wzdłuż osi pierwszej wydają się też łatwiejsze i mniej zobowiązujące. Taki Wipler przeniósł się od koliberalnego Korwina do socjalkonserwatywnego PiSu, ale jakby jedną nogą u tego Korwina został i łatwo mu było wrócić. Zwraca też uwagę przypadek dosyć skrajny, mianowicie prorosyjska Zmiana tworzona przez byłych korwinistów i prawicowe skrzydło Samoobrony, przykład naprawdę wymowny. Z kolei gdy taka Pitera migrowała od Korwina do PO (czyli wzdłuż osi drugiej), było to dość radykalne zerwanie z politycznymi poglądami.
Na koniec czemu każda skrajność jest szkodliwa. Co będzie jeśli przedobrzymy z indywidualizmem – ano szlag trafi społeczeństwo. Libertariański raj jest po prostu niewykonalny, skończy się drugą Somalią. Jeśli z kolektywizmem – ano będziemy biedni. A zapewne też mocno przestraszeni. Zresztą ten kraj już poprzerabiał. Jeśli przesadzimy z ekskluzywizmem - zapewne wpadniemy w jakiś gorszy sort Polaków, który faktycznie będzie miał gorzej, albo w lepszy sort, który będzie miał z początku lepiej, ale po zmianie władzy możemy mieć ciężkie problemy. W skrajnym przypadku albo będziemy zbierać bawełnę, albo dla nas będą zbierać bawełnę, a po rewolucji zgilotynują. Jeśli przesadzimy z inkluzywizmem pojawia się problem z tymi, którzy partycypować jednak nie chcą. W wersji kolektywistycznej ktoś musi tą tajgę wycinać. Tak w ramach kochania polokoktowców, aż i oni nas pokochają. W wersji indywidualistycznej, dokwaterują nam do mieszkania młodego jurnego wahabitę, i spróbujmy tylko zaprotestować.
Generalnie bliżej centrum jest lepiej i bezpieczniej.

© Słońce Podkarpacia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci