Menu

Słońce Podkarpacia

Ciąg główny

kmsmat

Niniejszy wpis ma być w założeniu rozwinięciem poprzedniego, a konkretnie próbą przełożenia tego na polskie spektrum polityczne. Próbą ustalenia, czy da się tu wyodrębnić jakieś wzorce, oraz jak ewentualna struktura zmienia się w czasie. Zakres czasowy to III RP, komuny, międzywojnia, czy starszych okresów analizować mi się zwyczajnie nie chce.

W poprzednim wpisie podzieliłem scenę polityczną według dwóch osi: indywidualizm-kolektywizm (w pewnym stopniu korelującą, choć nieidentyczną  z powszechnie stosowaną osią ekonomiczną wolny rynek-centralne planowanie), opisującą podejście do wewnętrznej struktury społeczeństwa (czyli jaka proporcja zachodzi między zakresem wolności jednostki a jej podporządkowaniu wymaganiom społeczeństwa w danym światopoglądzie), oraz inkluzywizm-ekskluzywizm (w pewnym stopniu korelującą, choć nieidentyczną z powszechnie stosowaną osią obyczajową konserwatyzm-modernizm), opisującą stopień otwartości społeczeństwa (co w zasadzie sprowadza się do wewnętrznego pluralizmu – akceptacji odmienności światopoglądowych, etnicznych, seksualnych, etc.). Dla uproszczenia ćwiartki będą nazywane następująco: inkluzywno-indywidualistyczna – ćwiartka liberalna, inkluzywno – kolektywistyczna – ćwiartka socjalna, ekskluzywno-kolektywistyczna – ćwiartka solidarystyczna i ekskluzywno-indywidualistyczna – ćwiartka propertariańska. Nazwy te nie są niczym więcej niż pretensjonalnym uproszczeniem, mającym dosyć luźny związek z konkretnymi ideologiami.

 Konkretne przyporządkowania sił politycznych do układu współrzędnych tworzonego przez obie osie zostały dokonane przez autora na oko i broń borze szumiący nie należy ich uważać za jakieś naukowe pewniki oparte na rzetelnych badaniach socjologicznych.

Jeśli faktycznie jakaś struktura w ukształtowaniu polskiego spektrum istnieje, można mieć pewne oczekiwania względem jej zachowania się w czasie. Przede wszystkim powinna być wyraźniejsza w okresach stabilności politycznej, a bardziej rozmyta w czasie większych tąpnięć, gdy z jednej strony pogubione elektoraty w poszukiwaniu nowych reprezentacji mogą zachowywać się chaotycznie, w sposób nie odpowiadający do końca własnym preferencjom, a z drugiej same siły polityczne, zwłaszcza nowe, ale w jakimś stopniu i stare dopiero szukają swoich niszy. Sam ten czynnik powoduje, że np. nie ma za bardzo sensu analizować najwcześniejszego okresu III RP, zaraz po upadku komuny, gdy mieliśmy do czynienia z największą rewolucją na scenie politycznej, przy której wszystkie późniejsze to ledwie lekkie wstrząsy.

Po drugie najbardziej reprezentatywne powinny być partie ze stabilnym poparciem w dłuższym okresie czasu. Założenie to nie jest powtórzeniem poprzedniego, ponieważ niektóre siły polityczne powinny być stabilne także w „okresach burzy i naporu”, które zwykle dotyczą nie całości sceny politycznej a tylko jej pewnych fragmentów (choć nierzadko bardzo dużych) – w końcu np. kompromitacja rządu to przede wszystkim problem wyborców rządzącej partii a nie opozycji.

Drugie założenie, jakie można poczynić to takie, że im partia ma większy elektorat tym bardziej będzie reprezentatywna dla ogólnego wzorca. Mniejsze siły mogą po prostu zająć jakieś egzotyczne i nieistotne w skraju kraju nisze.

Za okres największej stabilności należy uznać osiem lat rządów PO. Abstrahując od ocen tej partii, był to czas, gdy scena polityczna zmieniała się w niewielkim stopniu i dominowały te same siły polityczne. Jeśli więc jakaś struktura istnieje, to w tym czasie powinna być najwyraźniejsza. Faktycznie taki wzorzec istnieje i jest on bardzo wyraźny.

W tym okresie cztery partie cechowały się stałym (mniej więcej) poparciem pozwalającym na regularne wchodzenie do parlamentu, są to PO, PiS, SLD i PSL. Do tego dwie z nich istniały jako istotne siły polityczne już od czasów zawalenia się AWSu (PO i PiS), a dwie od samiuśkiego upadku komuny (SLD i PSL), były to więc siły bardzo stabilne. Próbując je umiejscowić na postulowanym w poprzednim artykule układzie osi (indywidualizm-kolektywizm i inkluzywizm-ekskluzywizm) wychodzi bardzo ciekawa rzecz: układają się one w ciąg PiS-PSL-SLD-PO w którym każda kolejna partia będzie coraz bardziej indywidualistyczna i inkluzywna, czy też zaczynając od drugiej strony każda kolejna będzie bardziej kolektywistyczna i ekskluzywna. Pewne wątpliwości można mieć względem SLD – niewątpliwie jest bardziej kolektywistyczna od PO, ale czy bardziej ekskluzywna? W zasadzie tak. Od czasów pierwszego Millera „postępowi socjaldemokraci” byli stopniowo wypierani, stan na dziś to w zasadzie okruchy PZPRowskiego aparatu, na który głosują emerytowani milicjanci, a więc grupy które trudno podejrzewać o jakiś wybitny modernizm obyczajowo-społeczny. Do tego ci wycięci nierzadko z powodzeniem w okolicach PO się odnajdywali. Można rzecz jasna argumentować, że cięcie szło według klucza politycznego a nie ideowego, i w zasadzie jest to prawda, ale skutek był właśnie taki: powolne przesuwanie się w stronę punktu przecięcia osi na „ideowym układzie współrzędnych”.

Sumarycznie wychodzi taki obraz: w głębi liberalnej PO, w tej samej ćwiartce, ale blisko przecięcia osi SLD (raczej inkluzywne niż indywidualistyczne, praktycznie na granicy kolektywizmu, więc blisko ćwiartki socjalnej), w ćwiartce solidarystycznej PSL blisko punktu przecięcia osi (raczej kolektywistyczne niż ekskluzywne), w tej samej ćwiartce, ale w głębi PiS, w pozostałych dwóch ćwiartkach nic. Jest to dość ciekawe, ponieważ intuicyjne rozumienie terminu prawica to „liberalny konserwatyzm” (czyli zasadniczo ekskluzywny indywidualizm), a terminu lewica „postępowy socjalizm” (czyli zasadniczo inkluzywny kolektywizm). Tymczasem spektrum polityczne Polski wygląda na w zasadzie prostopadłe do tradycyjnej osi „prawo-lewo”. O niskiej sensowności w polskich realiach tego tradycyjnego podziału świadczy też jeszcze jedna rzecz: przyjmując zwyczajowe określenia, według których PiS i PSL to prawica, PO centrum, a SLD lewica, wychodzi że lewica leży między prawicą a centrum (i faktycznie, gdyby się zastanowić co wyjdzie ze skrzyżowania Tuska z Kaczyńskim – ano wyjdzie coś w stylu Millera). Tu trzeba przyznać rację prezesowi Polski, którego podział na „Polskę solidarną” i „Polskę liberalną” o wiele lepiej odpowiada rzeczywistości. A właściwie nie tyle podział, co kontinuum ciągnące się od PiSu (ekskluzywny kolektywizm) do PO (inkluzywny indywidualizm). Nieco ten układ przypomina coś, co w astronomii nazywa się ciągiem głównym. Chodzi tu o zależność między masą gwiazdy a jej temperaturą i kolorem – lekkie są zimne, czerwone lub pomarańczowe, średnie żółte, a ciężkie białe lub niebieskie. Tu zostanie sformułowana hipoteza – polskie elektoraty są skupione w umiarkowanie wąski pas ciągnący się na układzie współrzędnych wzdłuż przekątnej solidaryzm-liberalizm. Wszystkie istotne polityczne zjawiska zachodzą właśnie w tym „ciągu głównym”, poza którym jest tylko płacz, zgrzytanie zębów i wyniki wyborcze rzędu 2,5%, przynajmniej w bardziej stabilnych okresach.

W ramach weryfikacji hipotezy można zapytać co z innymi partiami, które w ciągu tych ośmiu lat przewinęły się przez politykę osiągając większą popularność. Właściwie była tylko jedna taka – partia Palikota, obecnie funkcjonująca (?) pod skrótem TR. U swych początków była ona bardzo inkluzywna i dość mocno indywidualistyczna, pod kątem liberalizmu gospodarczego zbliżona do PO (może nawet bardziej liberalna) a liberalizmu społecznego znacznie Platformę przewyższająca. Do hipotezy ideowego ciągu głównego jak najbardziej więc pasowała. W późniejszym okresie zdryfowała ze swojej pierwotnej niszy na pozycje wyraźnie bardziej kolektywistyczne – państwo budujące fabryki i inne zajeżdżające socjalizmem tendencje. Jakoś tak zupełnie zgodnie z hipotezą złożyło się w czasie wraz ze spadkiem poparcia, który w końcu doprowadził do kompletnej marginalizacji. Oczywiście nie był to jedyny powód upadku – TR okazał się żenującym kabaretem, w którym wariaci z łapanki skakali sobie po głowach. Niemniej zmiana profilu programowego musiała mieć swój wpływ.

W ciągu ostatniego roku doszło do znacznych przetasowań na scenie politycznej, związanej z kryzysem w PO i SLD, co zaowocowało pojawieniem się dwóch nowych istotnych sił. Pierwsza z nich, .Nowoczesna do tytułowej hipotezy pasuje idealnie. .N jest ewidentnie inkluzywna i indywidualistyczna, w obu kategoriach wyprzedzając zresztą PO. Zgodność z hipotezą jest tak ewidentna, że szkoda się nad nią rozwodzić. Drugi przypadek, K’15 (formalnie to nie partia, ale szkoda czasu na roztrząsanie takiej pierdoły) jest trudniejszy. Podstawowa trudność to niejasność w umiejscowieniu partii Kukiza w konkretnym punkcie spektrum politycznego. Drugi problem to zmienność w czasie objawiająca się roszadami na listach wyborczych, które miała prawo mieć silny wpływ na poparcie określonych grup elektoratu. W okresie wyborów prezydenckich i formowania komitetu wyborczego na listach zwracały uwagę dwie grupy. Pierwsza to różni lewicujący działacze (Guział), ruchy miejskie i podobne, jednoznacznie wpisujące się w ćwiartkę liberalną. Tu chyba można uplasować część woJOWników, ale o poglądach tej grupy trudno cokolwiek powiedzieć, w końcu łączył ją tylko jeden postulat, do tego bzdurny. Druga to chadecy z Bezpartyjnych Samorządowców, blisko centrum spektrum, chyba delikatnie przesunięci w stronę ekskluzywnego kolektywizmu. Lokowałoby to K’15 gdzieś pomiędzy SLD a PSL. Co ciekawe, poparcie obu tych partii znacznie w tym okresie spadło, zwraca też uwagę bardzo niski wynik ich kandydatów w wyborach prezydenckich. W późniejszym okresie Kukiz nie wiadomo po jaką cholerę zrobił na listach rewolucję, rzeczonych powywalał i poprzyjmował jakichś narodowców. Zgodnie z hipotezą powinna wtedy odpłynąć przynajmniej część lewicującego elektoratu – i faktycznie coś takiego miało miejsce, K’15 spadło, a SLD trochę urosło. Potem doszło do kolejnej wolty – Kukiz powywalał narodowców, zostawiając jakąś mętną mgławicę. Obecnie okupuje chyba pozycje zbliżone do PSLu, co by zgadzało się z kiepskimi sondażami poparcia ludowców. Reasumując nawet w okresie przewrotu politycznego ogólny wzorzec ciągu głównego się zasadniczo utrzymał.

Pytanie co z wielkimi przegranymi tych wyborów, którzy o próg wyborczy się otarli – KORWiNem i Razem. Pierwsza z tych partii jest skrajnie głęboko indywidualistyczna i ekskluzywna, a druga raczej kolektywistyczna i zdecydowanie inkluzywna. W świetle tytułowej hipotezy ich przegrana jest banalna, obie partie znajdują się daleko od ciągu głównego, gdzie elektoratu prawie nie ma, i coś ugrać można najwyżej w warunkach głębokiego tąpnięcia na scenie politycznej. Czyli w zasadzie stało się to, co powinno wydarzyć się według tytułowej koncepcji. Ciekawym aspektem tej sytuacji jest to, że obie partie bardzo dobrze odpowiadają tradycyjnemu ujęciu prawicy i lewicy. Najwyraźniej miejsca na klasycznie prawicowe i lewicowe partie w Polsce nie ma, brakuje elektoratu o takim profilu światopoglądowym.

Kolejne pytane jakie można postawić to kiedy spektrum polityczne w Polsce przybrało taką formę. Najprościej po prostu analizować wstecz wyniki kolejnych wyborów. Zaraz przed ośmioma latami PO mieliśmy dwa lata IV RP. Był to okres przejściowy, wysoce niestabilny, przedłużone polityczne trzęsienie ziemi, rozpoczęte upadkiem SLD a zakończone dopiero wraz z ustaleniem tego ośmioletniego okresu długotrwałej równowagi. Większość sił politycznych z tego okresu istnieje do dzisiaj i jest istotna, ale zmieniły się pozycje części z nich. Jedynie SLD i PSL są dziś w zasadzie tam gdzie wtedy. PiS idąc do wyborów w 2005 usiłował zająć pozycję w tej samej ćwiartce co dziś, ale zdecydowanie bliżej centrum. PO na osi opisującej strukturę społeczną było zdecydowanie indywidualistyczne, a na opisującej pluralizm balansowało gdzieś na granicy inkluzywizmu i ekskluzywizmu. Ponadto istniały jeszcze dwie partie zajmujące ćwiartkę solidarystyczną – zdecydowanie ekskluzywna LPR i zdecydowanie kolektywna Samoobrona. Zwraca uwagę brak czegokolwiek w głębi ćwiartek odpowiadających klasycznej lewicy i prawicy, choć można się zastanawiać nad obrzeżami (PO i SO były właściwie na umownej granicy).  W trakcie tych dwóch lat doszło do dość mocnych przesunięć w spektrum i na scenie politycznej Polski. Po pierwsze PO przesunęło się zdecydowanie w kierunku inkluzywizmu, jednoznacznie plasując się w ćwiartce liberalnej, co przełożyło się też na zwycięstwo w kolejnych wyborach (przejęto liczny, a niezagospodarowany elektorat). Po drugie PiS przesunął się w głąb ćwiartki solidarystycznej zagryzając koalicjantów z SO i LPR.

Przejdźmy do wcześniejszych wyborów w 2001 roku. Ich zwycięzcą było SLD jednoznacznie dominujące w ćwiartce liberalnej, początkowo położone w jej głębi, później przesuwające się bliżej centrum. PSL był tam gdzie zawsze, PO szukało miejsca gdzieś na granicy ćwiartki liberalnej i propertariańskiej, PiS, LPR i SO były z grubsza tam gdzie później. W trakcie kadencji zdarzyła się jedna istotna rzecz – SLD się ciężko skompromitowało, co w połączeniu z wysokim bezrobociem doprowadziło do głębokiego osierocenia ćwiartki liberalnej. Dało to liczny elektorat bez poważnej reprezentacji (próby SDPL i PD przejęcia tych wyborców były zbyt żenujące, aby móc się powieść), który w przyszłości stał się bazą sukcesu PO.

Cofnijmy się do roku  1997. Krajobraz powyborczy wyglądał wtedy bardzo różnie od dzisiejszego. Ćwiartka solidarystyczna była zdominowana przez AWS, w jej głębi siedział sobie ROP, a blisko centrum PSL. W ćwiartce liberalnej SLD, a na jej granicy z propertariańską UW. W trakcie kadencji ten układ rypnął wraz z rządzącą koalicją AWS-UW. Potop zmył koalicjantów i ROP, a z ich ruin wykluły się PO, PiS, LPR, a z zewnątrz na salony wryła się marginalna do tej pory Samoobrona.

Na koniec rok 1997. Zwycięzcą było zajmujące ćwiartkę liberalną SLD. PSL było tam gdzie zawsze, UD zajmowało pogranicze ćwiartek liberalnej i propertariańskiej, UP socjalną, ale blisko granicy z liberalną, a w głębi ćwiartki solidarystycznej mnóstwo żrącej się drobnicy, z której mocno przypadkowo próg przebiły wyłącznie BBWR i KNP. W trakcie kadencji doszło do marginalizacji UP, a solidarystyczna drobnica w bólu i trudzie zblokowała się w AWS.

Czy można na podstawie tych danych stwierdzić, czy ciąg główny działał już przed ośmioma latami Tuska? Zasadniczo tak, występowały jednak dwa charakterystyczne odchylenia. Pierwsze z nich to długotrwałe zajmowanie niszy na pograniczu ćwiartki liberalnej i propertariańskiej w dużym oddaleniu od centrum przez ciąg UD-UW-PO. Skończyło się ono dopiero w okolicach koalicji PiSu z Samoobroną. Pytanie, czemu dłuższy czas taka nisza pozwalała na funkcjonowanie w polityce, a potem nagle przestała, wydaje się być ciekawe. Odpowiedź moim zdaniem jest bardzo nieoczywista. Myślę, że powodem utraty funkcjonalności przez tę niszę była właśnie.. wspomniana koalicja PiSu z Samoobroną. O co chodzi – ano po upadku jedynie słusznego ustroju w polityce funkcjonował głęboki podział na postkomunę i antykomunę. Antykomunizm był kojarzony z prawicowością, w związku z tym identyfikujące się z tym podejściem partie i w jakimś stopniu elektorat postrzegały się jako bardziej prawicowe niż były w rzeczywistości, co dość iluzorycznie przesuwało część elektoratu z ćwiartki liberalnej w stronę propertariańskiej. Problem w tym, że była to taka trochę prawicowość na siłę, deklarowany światopogląd nieco rozmijał się z rzeczywistym. Widać to po kolapsie UW, deklarującej się jako konserwatywno-liberalna prawica. Gdy Balcerowicz uwierzył w to spozycjonowanie i współtworzył z AWSem rząd pełen ufoków w rodzaju Kapery, elektorat nie zdzierżył (bo był dużo mniej konserwatywny niż jemu samemu się zdawało) i zostawił partię na lodzie (innego wytłumaczenia po prostu nie widzę, UW nie przydarzyły się żadne afery w stylu Rywina, politycy nie przeżyli okresu zidiocenia porównywalnego z wierchuszką PO w ostatnich wyborach, żadnego oczywistego powodu tej zapaści nie widać). Najwyraźniej politykę należało prowadzić na zasadzie deklarowanego konserwatyzmu, ale realizowanego progresywizmu. Po romansie Jarkacza z Lepperem ten motyw po prostu kompletnie stracił znaczenie (SO realnie było dużo bardziej postsowieckie niż SLD w najgorszych momentach) i „udecki” elektorat wskoczył na pozycję, którą podświadomie i tak zajmował, ale nie był w stanie się do tego przyznać, co następnie zostało skonsumowane z sukcesem przez PO (pytanie czy nie był to też powód marginalizacji środowiska „Kościoła otwartego” – Tygodnik Powszechny, Życiński, Pieronek etc.). Druga anomalia to UP. Tu sytuacja wydaje się dosyć prosta - w zamieszaniu po upadku komuny część elektoratu, który później wpadł w ćwiartkę liberalną mogła z powodu niepewnej sytuacji przesunąć się w kierunku większego kolektywizmu. Ponadto partia usiłowała być jednocześnie antykomunistyczna (czyli prawicowa) i głęboko lewicowa jednocześnie. Strategia po pierwsze schizofreniczna, po drugie pozbawiająca partię poważniejszej zdolności koalicyjnej (najsensowniejszym koalicjantem było postkomunistyczne SLD, co zaowocowało bzdurami w rodzaju sumienia lewicy itp.). Do tego dla elektoratu partii wątek antykomunistyczny miał stosunkowo słabe znaczenie, co tylko przyśpieszyło marginalizację.

Podsumowując ciąg główny pojawił się w polskiej polityce już na wczesnym etapie III RP. Obecne na początkowo odchylenia były niewielkie i wynikały z pewnych (anty)PRLowskich sentymentów, które z czasem kompletnie straciły znaczenie. Jako że nic nie wskazuje, aby ten mechanizm miał w przewidywalnej przyszłości miał przestać działać, a porządna hipoteza powinna pozwalać nie tylko opisywać ale też i przewidywać, w kolejnym wpisie spróbuję przełożyć to na obecną sytuację sceny politycznej a konkretnie jej możliwe perspektywy.

Prawica, lewica, zadnica

kmsmat

W ramach odpoczynku od polityki dziś zajmę się metapolityką. Czyli swoistą teorią polityki, a przynajmniej niektórymi jej aspektami. Najczęściej scenę polityczną usiłuje się dzielić na dwa skrzydła – prawe i lewe, czasem dodając centrum, które ma być jakoby między nimi pośrednie. Sposobów podziału na lewicę i prawicę jest multum, ale wszystkie mają jedną charakterystyczną cechę - bardzo niewiele mówią o przedmiocie dzielonym, a sporo o podmiocie dzielącym. Jeśli na przykład zetkniemy się z opinią, że PiS i PO to partie lewicowe, nic konkretnego nam to o programach tych partii nie powie, ale z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, że autor takiej opinii jest korwinistą. Podobnie jeśli usłyszymy, że SLD to centroprawica, nic konkretnego o poglądach przeciętnego SLDowca się nie dowiemy, ale w ciemno możemy strzelać, że mamy do czynienia jakimś radykalnym socjalistą. Ba, możemy się nawet zetknąć z podziałem, w którym PiS, PO, SLD i KPP będą określone jako prawica. Oznacza to, że trafiliśmy na prawdziwego białego kruka, czy inne cielę z dwiema głowami, czyli „lewicowego libertarianina”. Czemu tak? Ano temu, że większość tych podziałów nie służy jakiemukolwiek porządkowaniu rzeczywistości, a jedynie celom autoerotycznym, czyli dowartościowaniu się na zasadzie „my som jedynie słuszna i prawdziwa lewica/prawica”. Ponadto służą one jako intelektualny łom w dyskusjach okołopolitycznych. Zasadniczo zjawiska takie występują głównie na głębokich ekstremach, jakoś niewielu masturbuje się własną jedynie słuszną i prawdziwą centrowością.
Istnieje oczywiście podział mainstreamowy, który jest użyteczny, bo większość użytkowników jakoś instynktownie wyczuwa jakąś głęboką więź między ogolonymi na łyso łebkami pitolącymi o centralnie sterowanych odżydzonych korporacjach, a zboczonymi dziadami w muszkach bełkoczącymi o całkowicie wolnym rynku, który zapanuje, gdy baby przyspawa się do zlewozmywaków, a także między zwolennikami pełnego państwowego zamordyzmu jak w złotym wieku epoki Bieruta i anarchizującymi skłotersami budującymi alternatywne bezpaństwowe społeczeństwo za bilety Narodowego Banku Polskiego wyżebrane w społeczeństwie nieco mniej alternatywnym. W istocie te podskórne pokrewieństwa wyczuwają i sami rzeczeni, co łatwo poznać po zadziwiająco częstych przepływach działaczy, nieukrywanych sympatiach, wyborczych koalicjach, w ostateczności po podejściu typu „oni to faktyczni prawica/lewica, ale wypaczona, to my jesteśmy ci jedynie słuszni i prawdziwi". Niemniej sens tego zwyczajowego podziału mało kto potrafi jakoś w sposób mający ręce i nogi wytłumaczyć.
Z uwagi na problemy związane z wyraźną nieliniowością sceny politycznej próbowano i innych metod podziału. Był na przykład podział trójskrzydłowy dzielący spektrum na indywidualizm (prymat wolności jednostki), kolektywizm (prymat dobra wspólnego) i organicyzm (prymat naturalnej struktury społecznej). Jest on jednakże rzadko spotykany, bo w sumie nie wiadomo po co wyróżniać ten organicyzm będący w zasadzie osadzonym w tradycji kolektywizmem. Z tego względu stosują go głównie konserwatyści, którym rzeczony organicyzm pozwala się zdefiniować jako coś odrębnego od pobożnej wersji nielubianych kolektywistycznych socjalistów, co właściwie plasuje to w kategorii podziałów autoerotycznych.
Modny ostatnimi czasy jest podział dwuosiowy. Czyli mamy dwie, dosyć mętnie zdefiniowane prostopadłe osie, jedna zwykle odpowiada za kwestie ekonomiczne (od etatyzmu do leseferyzmu) a druga światopoglądowe (od rygoryzmu do libertynizmu). Faktycznie jest on dość wygodny, jednak podskórnie można wyczuć, że jest to jednak pewne uproszczenie, produkuje też pewne bzdury. Przykładowo zarówno faszyzm jak i komunizm wpadają tu do jednej ćwiartki rygorystyczno-etatystycznej, mimo dość oczywistych różnic, natomiast ćwiartka libertyńsko-etatystyczna jest zasadzie pusta, centralne planowanie i związki partnerskie po prostu nie chodzą w parze. Można się więc zastanowić, czy nie udałoby się stworzyć osi lepiej oddających rzeczywistość. Jedna z nich wydaje się być w miarę oczywista. Chodzi tu o proste kontinuum kolektywizm-indywidualizm. W pewnym stopniu odpowiada ona tradycyjnej osi gospodarczej, ale bynajmniej nie jest to proste, bezpośrednie przełożenie. Socjal na ten przykład, jest kojarzony raczej z etatyzmem, niemniej do kontinuum indywidualizm-kolektywizm ma się dosyć prostokątnie, a można nawet zaryzykować tezę, że jakoś tam koreluje z biegunem indywidualistycznym - w krajach o generalnie wolnej gospodarce i liberalnym systemie społecznym socjal jest zwykle wyższy niż w centralnie planowanych zamordyzmach. Pierwszy powód tego stanu jest względnie prosty – to kosztuje, a w etatyzmie pieniędzy notorycznie brakuje. Drugi wynika z samych fundamentów ideowych – w kolektywistycznym podejściu inwalidzi, nie radzący sobie i podobni nieprzystosowani są w istocie obciążeniem dla wspólnoty (wspomnijmy zresztą do bólu kolektywistyczną III Rzeszę..), państwową pomoc dla takich osób w istocie łatwiej uzasadnić na gruncie podmiotowości jednostki (właściwie to jest bardziej jakiś personalizm, niż indywidualizm, ale obie osie są na tyle zbieżne, że można je potraktować w uproszczeniu jako jedną). Niemniej spora korelacja z osią gospodarczą jest nieunikniona, mocne wychylenie w stronę indywidualizmu musi pociągać za sobą sporą wolność gospodarczą, a w stronę kolektywizmu spory etatyzm i interwencjonizm.
Z drugą osią jest i łatwiej i trudniej. Łatwiej bo od razu widać, że to co tradycyjnie jest tu proponowane to tylko uproszczenie jakiejś głębszej rzeczywistości, trudniej bo trudniej dojść o co właściwie chodzi. Wiele historycznych sporów daje się objaśnić przez opozycję elitaryzm-egalitaryzm. Nawet nieźle koreluje to z podziałem na prawicę i lewicę – konserwatywna prawica starej daty była do bólu elitarna, z kolei komunizm to egalitarny walec równający wszystko jak leci. Czasami jednak są z tym podziałem problemy. Trudno na przykład jednoznacznie przypisać tu głębokie totalitaryzmy, które wykazywały sporo elitarnych tendencji (przewodnia rola partii, awangarda klasy robotniczej, etc), ale miały też mocno egalitarne akcenty. Czasami występowały też cuda dziwy jak polska demokracja szlachecka, czyli szeroka elita epatująca wewnętrznym egalitaryzmem. Problem jest też z takimi tworami jak niewolnicze stany na południu USA, gdzie z jednej strony o egalitaryzmie ciężko mówić, z drugiej "elita" obejmowała ponad połowę społeczeństwa. Właściwie chyba mamy tu dwie mocno skorelowane, ale nie tożsame osie, jedną mierzącą poziom elitaryzmu, a drugą egalitaryzmu. Kiepsko też się to sprawdza blisko centrum, współczesny mainstream polityczny to jak leci względny egalitaryzm, niemniej różnice ideologiczne są dostrzegalne.
Jako rozwiązanie proponowałbym tu oś „inkluzywizm-ekskluzywizm”, czyli po prostu społeczeństwo otwarte-zamknięte. Podział ten ma tą zaletę, że ten elitaryzm i egalitaryzm w sobie mieści, ale tłumaczy też nieźle przypadki problematyczne. Bardzo wyraźnie widać tu np. różnicę między faszyzmem i komunizmem, łatwo zaklasyfikować ustrój CSA, można rozeznać się w dzisiejszej mocno postpolitycznej rzeczywistości.
Sumarycznie wyglądałoby to tak:
1) Oś indywidualizm-kolektywizm określa jak społeczeństwo funkcjonuje, czy opiera się na podmiotowości jednostki i przedmiotowości zbiorowości, czy odwrotnie.
2) Oś inkluzywizm-ekskluzywizm określa jak społeczeństwo jest definiowane, czyli kto do niego należy.
Jak by to wyglądało w praktyce. Mamy cztery ćwiartki.
1) Inkluzywistyczno-indywidualistyczna obejmuje różne wariacje w temacie lewicowo-liberalnym. Tu leży socjaldemokracja (bliżej osi drugiej), socliberalizm (gdzieś w środku), progresywny liberalizm (bliżej pierwszej), lewicujące anarchizmy (gdzieś w skrajnym narożniku).
2) Ekskluzywistyczno-indywidualistyczna. Tu podpadają różne wariacje w temacie konserwatywnego liberalizmu.
3) Inkluzywistyczno-kolektywistyczna. Tu socjalizm, komunizm i podobne.
4) Ekskluzywistyczno-kolektywistyczna. Tu tradycjonalny konserwatyzm (bliżej osi drugiej), faszyzm (bliżej osi pierwszej), nazizm (w skrajnym narożniku).
Pewne ideologie wypadną w okolicach samych osi nie zachodząc zbyt mocno na konkretną ćwiartkę. Na osi pierwszej:
1) Po stronie indywidualizmu liberalizm, na skraju libertarianizm.
2) Po stronie kolektywizmu różne populizmy typu Peron, Lepper i podobne. Gdzieś na skraju Pol Pot.
Na osi drugiej:
1) Po stronie ekskluzywizmu różne ewolucyjne konserwatyzmy w stylu Edmunda Burke’a.
2) Po stronie inkluzywizmu różne lewicowe wynalazki w stylu Mahatmy Gandhiego.
Warto zauważyć jedną rzecz: tradycyjny podział lewo-prawo praktycznie pokrywa się z osią drugą. Co prawda pierwsza jest bardziej widoczna „po objawach”, ale druga odwołuje się do silniejszych emocji. W paradzie równości zobaczymy maszerujących razem socjalistów i postępowych liberałów, w paradzie normalności narodowych socjalistów i kolibrów. Kombinacje według osi pierwszej są bardzo rzadkie (anarchiści i kolibry na marszu wolnych konopi?) a i nie wiadomo, czy towarzystwo nie rzuci się sobie do gardeł. Przepływy działaczy wzdłuż osi pierwszej wydają się też łatwiejsze i mniej zobowiązujące. Taki Wipler przeniósł się od koliberalnego Korwina do socjalkonserwatywnego PiSu, ale jakby jedną nogą u tego Korwina został i łatwo mu było wrócić. Zwraca też uwagę przypadek dosyć skrajny, mianowicie prorosyjska Zmiana tworzona przez byłych korwinistów i prawicowe skrzydło Samoobrony, przykład naprawdę wymowny. Z kolei gdy taka Pitera migrowała od Korwina do PO (czyli wzdłuż osi drugiej), było to dość radykalne zerwanie z politycznymi poglądami.
Na koniec czemu każda skrajność jest szkodliwa. Co będzie jeśli przedobrzymy z indywidualizmem – ano szlag trafi społeczeństwo. Libertariański raj jest po prostu niewykonalny, skończy się drugą Somalią. Jeśli z kolektywizmem – ano będziemy biedni. A zapewne też mocno przestraszeni. Zresztą ten kraj już poprzerabiał. Jeśli przesadzimy z ekskluzywizmem - zapewne wpadniemy w jakiś gorszy sort Polaków, który faktycznie będzie miał gorzej, albo w lepszy sort, który będzie miał z początku lepiej, ale po zmianie władzy możemy mieć ciężkie problemy. W skrajnym przypadku albo będziemy zbierać bawełnę, albo dla nas będą zbierać bawełnę, a po rewolucji zgilotynują. Jeśli przesadzimy z inkluzywizmem pojawia się problem z tymi, którzy partycypować jednak nie chcą. W wersji kolektywistycznej ktoś musi tą tajgę wycinać. Tak w ramach kochania polokoktowców, aż i oni nas pokochają. W wersji indywidualistycznej, dokwaterują nam do mieszkania młodego jurnego wahabitę, i spróbujmy tylko zaprotestować.
Generalnie bliżej centrum jest lepiej i bezpieczniej.

Danie dudy

kmsmat

Był sobie taki niezbyt wyrafinowany dowcip. Jakie jest ulubione danie blondynki? Danie du… tej, no, jak to jej było, danie dudy. A aktualna miłościwie nam panująca marionetkowa ekipa pacynek na sznureczkach daje w zastępstwie prezesa tej dudy jak nie przymierzając częstochowska tirówka pielgrzymce na Jasną Górę.
Kociokwik trwa, rozwija się i nabiera rumieńców. Jak u Hitchcocka, zaczyna się od rąbnięcia w mordę, a potem napięcie rośnie. Najsamprzód prezydent, który już, już zaczął się przychylać do kompromisu w sprawie TK dał się złamać prezesowi i w późnych godzinach nocnych dał dudy. Potem napięcie rosło, prezes gadał głupoty, naprędce sklecona demonstracja KODu zaskoczyła liczebnością wszystkich, ponoć liczniejsza, ale przecież zorganizowana przez doświadczony partyjny aparat demonstracja PiSu następnego dnia zasłynęła procesją ze zdechłym lisem przybitym do deski, gdzieś w międzyczasie Kempa skasowała, a dziś dudy dała premier pokazując dokładnie taki sam brak kręgosłupa jak prezydent. Jest coś fascynującego w obserwacji, jak ludzie w wieku, w którym zwykle zaczyna się poważne polityczne kariery, swoje perspektywy marnują i skazują się na polityczne i zawodowe emerytury po zakończeniu (zapewne wcześniejszym niż ustawowe) swoich kadencji. Tylko prezes, wszystko dla prezesa, nic bez prezesa, prezes prawdziwy z prezesa prawdziwego i takie tam. W zasadzie jedynym celem PiSu jest już tylko onanizowanie ego Jarosława Kaczyńskiego. Żadnych innych celów PiS nie ma i do żadnych innych celów nie próbuje nawet aspirować.
Kociokwik oczywiście zaskutkował tym, czym zaskutkować musiał, czyli spadkiem poparcia. A to ”miodowy miesiąc”, kiedy sondaże szybują i wstydem jest zejść poniżej 50%. A tu proszę, geniuszom politycznym w parę tygodni udało się z prawie czterdziestu zejść do dwudziestu paru. Ciągle jest to więcej niż jedna czwarta, ale bessa może zatrzymać się naprawdę nisko. Tymczasem kiepskie wiadomości dochodzą z gospodarki, giełda i kurs złotego lecą na pysk. Po prostu pieniądze z Polski uciekają widząc że do władzy dorwało się resortowe dziecko na spidzie czy innej amfetaminie. Prędzej czy później dotrze to do realnej gospodarki, wszyscy dostaniemy finansowo po dudzie, co oczywiście przełoży się na kolejne spadki poparcia. 20% bynajmniej nie musi być tu nieprzekraczalną granicą.
PiS zaczyna mieć problem. Jego poparcie to kilka dosyć luźno związanych grup, o różnych celach, różnych aspiracjach, różnym stopniu sprzężenia z partią:
1) Najsamprzód jest lud smoleński, który po wiadomej katastrofie odleciał w odległe mistyczne wymiary, gdzie Tusk z Putinem przy pomocy wielkiego elektromagnesu, bomby termobarycznej, rozpylonego helu, laleczki wódu, czy czego tam jeszcze rozbili Tupolewa, żeby zabić najwybitniejszego Polaka od czasów Matki Boskiej Jasnogórskiej, urodzonej około 2 tys. lat temu gdzieś pod Częstochową. Nie ma tu najmniejszego znaczenia fakt, że osoba najwybitniejszego Polaka w najmniejszym stopniu owych mistyków nie obchodzi i jest tylko swoistą figurą retoryczną używaną w mistycznych praktykach, coś jak sylaba Om w hinduskiej medytacji. Ile tego elektoratu jest, trudno stwierdzić, raczej nie więcej niż kilkanaście %. Jest to też jedyna grupa, na którą prezes może liczyć bez względu na wszystko. Peszek polega na tym, że średnia wieku nie odbiega tam raczej istotnie od wieku prezesa, co nie rokuje zbyt dobrze na przyszłość.
2) Kolejna grupa to ideowi prawicowcy, wierzący nie w prezesa, a w IV RP – to nie jest to samo. Czytelnicy nie tyle GP, co Ziemkiewicza, przywiązana do idei, nie do osoby. Grupa całkiem inteligentna, niezbyt rozsądna, mocno nawiedzona i bardzo nieliczna. Będzie przy prezesie stać dosyć długo, chyba że ten przesadzi z obsadzaniem stołków ubekami, konfidentami, ruskimi agentami itp. Warto zauważyć, że tacy jak już wejdą w konflikt z prezesem to stają się jego najzajadlejszymi wrogami. Właściwie gdzieś w ten schemat wpadają Giertych, czy Niesiołowski.
3) Następnie mamy różnych dziwnych popaprańców, marzących o szafotach, gilotynach, szubienicach, egzekucjach i defloracjach. Grupa zapewne średnio liczna, umiarkowanie przywiązana do prezesa, raczej niezbyt lotna. Zapewne tu wpadają dzikie ludki, które łaziły po Warszawie ze zdechłym lisem na dykcie.
4) Roszczeniowcy różnego typu. Górnicy, związkowcy, fani 500 zł. na dziecko itp. Grupa liczna, ale łatwa do utracenia, jak zwątpią lub się rozczarują to znikną. Równie dobrze mogą poprzeć Palikota czy Kukiza.
5) Ci którzy uwierzyli w miękki wizerunek z kampanii. Grupa liczna, względnie bystra, choć naiwna. W zasadzie już prezesa porzucili bo się zawiedli. Będąc nawet niezbyt aktywnym w internecie łatwo było ten odpływ zauważyć – gdzieś poznikali ci bardziej ugodowi i zdystansowani zwolennicy PiSu, zostały w zasadzie same dosyć głupie trolle.
Co teraz władza planuje z tym zrobić.. Paradoksalnie pierwszą grupę może olać, im wystarczy pokazywać raz na jakiś czas Macierewicza i najnowsze ustalenia wybitnych specjalistów z dziedziny radiestezji, psychotroniki, medycyny holistycznej i paleoastronautyki. Drugą można olać całkowicie, za mało ich aby cokolwiek znaczyli. Elementy retoryki tego nurtu będą oczywiście cały czas obecne w przekazie jako swoisty listek figowy, ale nie realizowane, bo w istocie są kierowane do innych grup w celu zaprezentowania, że reprezentuje się jakiś konkretny światopogląd. Upraszczając – po to aby robić wrażenie że ma się jakieś przekonania. Jeśli ktoś liczył na jakieś głębokie reformy to był idiotą. Trzecią grupę wystarczy utrzymywać w atmosferze ciągłej walki, nieważne z kim, z czym i o co. Rzecz jest realizowana przez agresywną retorykę i ciągłą wojnę z gorszym sortem. Czwarta jest prawdziwym problemem. I dla PiSu i dla nas. PiS po prostu musi gdzieś te pieniądze wyskrobać coby towarzystwo nie uciekło. Stąd kombinowanie z deficytem budżetowym, przesuwanie pozycji z jednego roku na drugi, oszczędności w MON, które mają iść na interwencyjny skup węgla (to nie żart) i reszta finansowej żonglerki. Do tej grupy było też skierowane pieprzenie PBS o TK, który trzeba zaorać bo zablokuje 500 zł na dziecko (świadczy to o dwóch rzeczach – po pierwsze ta grupa jest dla PiSu bardzo ważna, po drugie PiS uważa ją za bandę debili, zapewne słusznie).
Można się zastanowić, po co to PiSowi potrzebne – przecież mają większość sejmową, mogą rządzić spokojnie cztery lata. Gucio prawda, nie mogą. Ta większość to ledwie czterech posłów (na początku kadencji było pięciu). W ciągu miesiąca PiS stracił 20% marginesu bezpieczeństwa, bez którego prezesowi ostanie się już ino sznur albo seks tantryczny z Kukizem. W miarę spadku sondaży, w partii będzie narastać panika i szukanie sposobów na ewakuację z Titanica. Nie będzie to rzecz jasna masowe zjawisko – ale i wcale nie musi, w końcu to tylko czterech posłów. Po ich utracie zaczną się problemy. Oczywiście PiS może dalej rządzić, ale będzie to dużo trudniejsze. Jedna z opcji to rząd mniejszościowy. Sytuacja o tyle trudna, że przy każdej kontrowersyjnej ustawie trzeba będzie przekupywać różnych dziwnych ludzi, najczęściej kukizowców. Coś podobnego swojego czasu praktykował Miller z Lepperem i Jagielińskim, koszty były cokolwiek wysokie. Druga to koalicja. Potencjalny partner jest w zasadzie jeden, chodzi rzecz jasna o Kukiza. Ta konfiguracja jest równie problematyczna co poprzednia, trzeba by się podzielić władzą z towarzystwem zdominowanym przez regularnych wariatów. Teoretycznie nie powinno być to istotnym problemem, jest jednak jedno ale. Ich szajba zapewne nie jest kompatybilna ze szajbą jedynie słuszną, co tworzy bardzo wybuchową mieszankę. Do tego są to wariaci wysoce ambitni, z poczuciem misji, przy czym przynajmniej niektórzy raczej kiepsko strawni dla własnego elektoratu. A tu cholera wie, czy nie trzeba by było dać jakiegoś ministerstwa Liroyowi. Czy prezes jest gotowy iść na takie dość poniżające układy? Do tego Kukiz ma dokładnie ten sam problem, czyli uciekające poparcie, w pewnym momencie może się zrobić rząd mniejszościowej koalicji. Teoretycznie jest jeszcze opcja wymontowywania posłów od Kukiza, tylko do tego trzeba w sondażach stać a najlepiej rosnąć – mało kto ucieka z jednego tonącego okrętu na drugi. Kukiz będzie rozmontowywany, ale przez partie opozycyjne, w sumie bliski światopoglądowo, nie spadający już PSL i rosnącą NRP (nie przez słabnącą PO). Jest też pewna niezbyt prawdopodobna opcja, że pan muzyk dozna olśnienia, i kapnie się, że jedyną szansą na odbicie jest ostra konfrontacja z PiSem, co pozwoli przejąć sporo z wątpiącego PiSowskiego elektoratu.
Oczywiście prezesowi może przyjść do głowy opcja radykalna – rozmontowanie demokracji i wprowadzenie autorytaryzmu jak co poniektórzy wschodni sąsiedzi. Coś takiego próbuje u siebie robić Orban, a kiedyś robił Mecziar, nie jest to więc tylko wschodnia specyfika. Szanse na to są jednakże znikome, w przypadku próby w najlepszym razie skończyłoby się to psychiatrykiem. Realia są bowiem takie, że źródłem władzy nie jest żadna wola narodu. Ona jest jedynie legitymizacją. Władza pochodzi z porządku ustrojowego, prawa i procedur, a właściwie ich autorytetu i wiary w nie. Jeśli porządek ustrojowy, prawo i procedury staną się pustym pojęciem, to automatycznie przestaną tą władzę zapewniać. Pozostanie już tylko siła. A siły pozwalającej na utrzymanie władzy PiS po prostu nie ma. Może ją rzecz jasna zdobyć, ale to wymaga czasu. Putin rosyjską demokrację rozmontowywał dwie kadencje, a i dziś nie wiadomo, czy by się utrzymał, gdyby poparcie Rosjan stracił. Chyba nie, skoro wywołał kretyńską wojnę, która podbiła jego popularność, ale kraj w dłuższej perspektywie rozwali. Próba zaprowadzenia rządów autorytarnych teraz po prostu musi ponieść klęskę – bez poparcia w społeczeństwie najzwyczajniej w świecie struktury państwa się zbuntują (niekoniecznie jawnie) wraz ze społeczeństwem. Ten scenariusz nie tak dawno można było obserwować na Ukrainie. Janukowycz podtarł się ichnią konstytucją o jeden raz za dużo, i przestała ona kogokolwiek obchodzić. Obwody się pobuntowały, prawdopodobnie zbuntowało się wojsko (jadący z Dniepropietrowska pociąg z komandosami i tituszkami został zatrzymany przez paru emerytów i matki z dziećmi, co zakończyło się ofiarami śmiertelnymi wśród tituszków..), bezpieka zajęła się paleniem papierów, i nawet berkut nie był w całości lojalny. Pozostało tylko pitolenie o legalnej władzy, demokratycznym wyborze i woli narodu (coś mi to przypomina..), a w końcu ucieczka za granicę. A przecież siłę Janukowycz miał dużo większą, toć sam Putin i jego kumple z KGB, którzy o wbijaniu igieł pod paznokcie zapomnieli więcej niż zwykły człowiek wie, za nim stał. Kto stoi za Kaczyńskim, Rydzyk i Rodzina Radia Maryja? To jednak niezupełnie to samo. Bądźmy szczerzy, jeśli wyrafinowanemu i subtelnemu Janukowyczowi, z bardzo konkretnym wsparciem, w kraju o dużo niższym poziomie kultury politycznej i obywatelskiej demokracji obalić się nie udało, to tym bardziej nie uda się topornemu i niezgrabnemu Kaczyńskiemu, za którym nikt nie stoi, w kraju o z deczka wyższych standardach. Próba skończy się w najgorszym razie czymś jak majdan, tylko spokojniejszym i bez ofiar, a finałowo wywiezieniem na taczkach. JK zapewne jest tego świadom, nawet jeśli nie, jest tego świadoma większość jego partii. Ci ludzie w pewnym momencie go porzucą, gdy zorientują się, że sprawy zaszły za daleko. Pewne wykruszanie się zalecza zresztą już jest istotne, najpierw Staniszkis, potem Rydzyk, ostatnio Centkiewicz podpadł wskazując prawdopodobnego TW we władzy. W miarę spadku poparcia to wykruszanie sięgnie i samej partii.
Oczywiście jest kazus Węgier. Należy jednak pamiętać, że nawet tam demokracja nie została w istocie obalona. Nagięta, skorumpowana, ale nie obalona. Jeśli FIDESZ przegra to władzę straci. PiS może rzecz jasna dążyć do tylko takiego stanu. Ma jednak dużo gorsze warunki, aby móc grać taki wariant. Po pierwsze Orban ma autentyczne wysokie poparcie. Władzę wziął po kompletnej kompromitacji poprzedników, co jednak w naszym przypadku nie zachodzi. Po drugie węgierskie społeczeństwo jest dużo bardziej popieprzone od naszego, a nawet ukraińskiego. Oni do dziś mają swoje historyczne traumy po Trianon (teoretycznie u nas odpowiednikiem była utrata Kresów, jednak Ziemie Wyzyskane to zniwelowały), nierozliczonych strałokrzyżowców, czy cieszące się autentycznym poparciem wszy z Jobbiku (gdzie tam do nich naszym narodowcom), przy których Orban wydaje się całkiem sensowną opcją. Kaczyński nie może grać na niczym podobnym, choć widać, że mu te Węgry imponują i chciałby.
Na koniec pytanie kiedy ten kociokwik się skończy. Prognozy są pesymistyczne, na pewno nie w 2015.

Pożar w burdelu

kmsmat

Nadeszła nowa władza i trzeba się do niej jakoś odnieść. Moja opinia na dziś jest taka, że po prostu nowe wróciło – będzie z grubsza powtórka z poprzednich rządów PiSu. Czyli władza kiepska, hałaśliwa, głupia i żenująca ale sumarycznie niezbyt groźna. W żadne realne zagrożenie demokracji nie wierzę. Kaczyński nie jest drugim Putinem, ani nawet drugim Orbanem. Nie ma po prostu na to jaj. Władzy chce oczywiście jak najwięcej, ale bynajmniej nie chce tej władzy sprawować bezpośrednio. Jego sposób to nieformalny nadpremier kierujący innymi z tylnego siedzenia i nie ponoszący żadnej odpowiedzialności. Tak starał się rządzić jak siedział u Wałęsy, potem za Olszewskiego i Marcinkiewicza, a własny epizod premierowania wmusił mu niejako brat. Wyraźnie pod tym kątem jest też skonstruowany rząd Szydło - słaba premier, ministrowie od niej mocniejsi, ale w istocie pozbawieni jakiejś własnej siły i niezależnej od prezesa pozycji.
Co to oznacza dla rozwiązań ustrojowych.. Ano żadnej rewolucji nie będzie. Żadnego zapowiadanego wzmocnienia władzy wykonawczej nie będzie. Bajki o ustroju prezydenckim pozostaną bajkami. JK żadnej władzy do ręki Dudzie nie da. Taka jest po prostu logika systemu, w którym rządzi nie prezydent ani nie premier, tylko prezes. Dominującą władzą musi w tym układzie być legislatywa a nie egzekutywa. Słabiutki prezydent, słabiutki premier, ministrowie teoretycznie mocni, ale łatwi do pogonienia i wszechmocny sejm, czyli w praktyce prezes wodzowskiej partii rządzącej. Pełnia władzy, zero odpowiedzialności.
Dowcip polega na tym, że w takim układzie demokrację obalić bardzo trudno. Łatwo można ją naginać, korumpować, psuć, ale nie obalić.
Z tego też względu coraz bardziej dochodzę do wniosku, że modne ostatnio inicjatywy typu KOD są przeciwskuteczne, ci ludzie są użytecznymi idiotami i grają w istocie w to w co miłościwie panująca władza chce żeby grali. Widzą zagrożenia i problemy nie z tego kierunku co należy, co z jednej strony daje władzy duży komfort, a z drugiej dosyć skutecznie opozycję kompromituje. Miłościwie nam panujący i ich sympatycy po prostu chcą być uważani za zagrożenie dla demokracji. To daje im poczucie siły - strach jaki budzą u pogardzanych lemingów i wykształciuchów. Poseł partii rządzącej czuje, że jest polityczną potęgą, media niepokorno-onanistyczne widzą się jako wieszczów zwycięskiego porządku, przygłup w dresie ma satysfakcję gdy widzi jak pieprzonemu magistrowi pot spływa po czole. Stare dobre "nie będą się ciebie bać, będą się z ciebie śmiać".
A właśnie ostatnią rzeczą, jaką powinna robić opozycja jest traktowanie tej władzy poważnie. Bo tej władzy brać poważnie się po prostu nie da. Rządzą niedorobieni idioci, nawiedzeni paranoicy, narcystyczni onaniści i podrzędne cwaniaki. Nie Mussolini tylko Berlusconi, nie kardynał Richelieu tylko Walduś Kiepski, nie senator Palpatine tylko senator Kogut. To towarzystwo niczego nie wywróci, ot poobstawia wszelkie możliwe stołki swoimi, potem ich wypieprzy i poobstawia swojszymi, i tak w kółko będzie trwać niekończąca się rewolucja kadrowa mająca stworzyć podstawy do mitycznej rewolucji moralnej i ustrojowej. Ponieważ jednak jedyną okolicznością w której można by uznać wymianę kadr za zakończoną jest stan, w którym w kraju został sam jeden Kaczyński, bo w końcu tylko sobie może naprawdę ufać (a może i to nie?), rewolucja moralna nigdy nie nadejdzie, zresztą w takiej sytuacji nie byłaby nawet potrzebna. Do tego zostaniemy zalani tonami kretyńskiego PRu, pokazowe aresztowania o piątej rano, w asyście TV Trwam czy innej TV Republika, z których mało które skończy się skazaniem, niepokorni będą ejakulować w publicznej telewizji od rana do nocy, może nawet zostanie wznowiona nieustępliwa i bezpardonowa walka z homoseksualną propagandą teletubisiów. Raczej mniej będzie niezłomnej walki z korupcją (u przeciwników politycznych bo po co gdzie indziej), bo czasy gdy wszędzie chodziło się z kopertą jakby zaczęły przechodzić do historii i społeczeństwo nie postrzega już tego jako dramatyczny problem (aczkolwiek przy odrobinie szczęścia obecnej władzy to umknęło).
Natomiast realnych działań zmieniających zastaną rzeczywistość spodziewać się nie należy. JK mając pod kontrolą rząd i pałac prezydencki nie był w stanie przepchnąć głupiej ustawy lustracyjnej. Wypichcono na kolanie jakiś dokument, który TK wyśmiał. Podobnie było z wnioskiem o ekstradycję Mazura – amerykański sędzia przeczytał, parsknął i się papierem praktycznie podtarł. Właściwie jest bez znaczenia, czy ci ludzie są za głupi, żeby być w stanie cokolwiek naprawdę zmienić, czy im po prostu nie zależy i cała odnowa moralna jest tylko lipą do wabienia elektoratu z bólem duszy/dupy, istotne, że gdy przyjdzie co do czego robią to na odwal się i nieskutecznie. Tak więc i koncentracja na PRze nie powinna dziwić, w walce z homopropagandą teletubisiów dużo łatwiej można mniejszym nakładem pracy osiągnąć wymierne efekty. Efekty PRowe rzecz jasna, bo i po co inne.
Nie znaczy to rzecz jasna, że ta władza jest nieszkodliwa. Ona jest szkodliwa właśnie przez tą głupotę i nieudacznictwo. To w końcu ci sami ludzie za czasów których obcym wywiadom nie opłacało się inwestować w inwigilację naszego wywiadu, bo wystarczyło iść do księgarni i kupić aneks do raportu. Ci sami, którzy wywołali dla chwilowego PRowego efektu turbulencje w transplantologii. Ci sami, którzy larum podnosili na pół Europy, gdy w niemieckiej gazecie ktoś opublikował rysunek ziemniaka. Ba, ci sami, którzy oddali władzę, bo nie potrafili się rozliczyć z pieniędzy za kampanię.
Właśnie tym powinna się opozycja zająć. Nie „demokracja ginie” tylko „rządzą idioci”. Nie oporniki w klapie tylko torebki teletubisiów. Nie „precz z Kaczyńskim” tylko „Wiesław, Wiesław”. Nie „faszyści” tylko „Gierek z Partią, Partia z Gierkiem”. Obecna władza jest narcystyczna, więc na śmieszność kompletnie nieodporna. Zgłupieje, pogubi się, zacznie robić błędy, które jej się zwalą na głowę. Co chwiejniejsi wyborcy wyemigrują do innych partii, twardszy elektorat straci poczucie siły, pozostanie tylko bezsilne zaciskanie pięci i zawodzenie jak to lemingi znowu się dały zmanipulować ubekom (czy na odwrót, łatwo się w tej niepokornej grypserze pogubić). Poseł partii rządzącej straci rezon, media niepokorno-onanistyczne się zaplują, może nawet przygłup w dresie odstawi sterydy anaboliczne i trochę zmądrzeje.

Wstawaj, jest już czwarta!

kmsmat

Czwarta Rzeczpospolita. Motyw z rysunku Mleczki, który oddaje nową rzeczywistość, w której przyszło nam się obudzić. Poniżej kilka różnych refleksji, na temat tego co ulungło się na Wiejskiej po tych wyborach.
Rzecz w zasadzie była nie do uniknięcia. Że PiS władzę weźmie, było już chwilę temu oczywiste. Możliwości PO się po prostu wyczerpały. Pierwsze symptomy było widać już za wyborów samorządowych, gdy elektorat POwski masowo przepłynął do PSL. Jasne stało się po wyborach prezydenckich. Nie chodzi tu o proste znudzenie partią. PO zaczęło się po prostu intelektualnie degenerować. Nie to, żeby jej poziom kiedykolwiek był szczególnie wysoki, jak się przypomni kastrowanie pedofilów, PRowy taniec na linie z ACTA, walkę z dopalaczami na granicy prawa czy specustawę pozwalającą zamknąć w psychuszce wychodzącego więźnia na widzimisię psychiatry, napisaną pod jednego wariata, to lekkie załamanie jest nieuniknione. Ostatnio jednak towarzystwu znacznie się pogorszyło. Prowadzenie kampanii Komorowskiego, referendum JOWowe, polityka nowej premier – to wszystko było po prostu żenujące. A zastąpić tego towarzystwa nie miał kto.
Bratni PSL nie ma żadnego potencjału aby być czymś więcej niż związkiem zawodowym wójtów i sołtysów. Co więcej takiego potencjału mieć nie chce. TR rozleciał się pozostawiając jeno płacz i smród. SLD zdominowane przez ludzi niskiego polotu, ograniczonej wyobraźni a wysokiej pazerności atrakcyjne mogło być chyba tylko dla emerytów wspominających jak to za komuny było lepi, a i to tylko tych niewierzących. Rozsądniejsze siły poza parlamentem to zwykłe kanapy mieszczące się w jednym pokoju.
Oczywiście taka próżnia wyindukowała powstawanie nowych sił. Najsamprzód Kukiza, który wprowadził tyleż efektowną co żenującą zbieraninę. Rozleci się to oczywiście jeszcze szybciej od TR, a początku dekompozycji można oczekiwać zaraz po ukonstytuowaniu nowego parlamentu. Pierwsze będą pewnie jakieś klubiki narodowców i kolibrów. Zbieranina od prawej do lewej ściany, którą łączy tylko radykalizm (lub jego umiejętna symulacja), nie ma szans na stworzenie stabilnej struktury. Jedynym elementem systemu, który Kukizowi uda się wywrócić będzie Kukiz’15.
Po drugie Petru, kolejna wielka niewiadoma. Jeśli .Nowoczesna okaże się tylko grupką bankowych lobbystów to szybko przepadnie w odbycie niebytu. Jeśli czymś więcej to ma szanse na trwałe osadzenie na scenie politycznej.
Po trzecie Razem, partia która zablokowała wejście ZL do sejmu (kara boska na Nowacką za rzucenie Zandberga), czy jak kto woli nie weszła do sejmu, bo została zablokowana przez ZL (kara boska na Zandberga za rzucenie Nowackiej). Osiągnęła połowiczny sukces – załapała się na dotację. Większych sukcesów nie przewiduję, w Polsce elektorat mocno lewicowy jest cieniutki jak barszcz.
Wszystkie trzy powyższe mają pewną cechę wspólną – gromadzą szerzej nieznanych nołnejmów, po których nie wiadomo czego się spodziewać. Ma to pewien ciekawy skutek uboczny - to jedyne ugrupowania, których programy ktokolwiek czytał, bo dla wielu mogły być ciekawe, a to jedyne źródło informacji, czego te ludzie właściwie chcą. PiS, PO, ZL gromadzą ludzi znanych, po których wiadomo czego można oczekiwać, więc czytanie bzdur, które napisano na odczepne nikogo nie interesuje i nikt nie tracił na to czasu.
Ponadto są w istocie swoimi własnymi młodzieżówkami, co oznacza, że ich posłowie (pomijając Razem) nie będą dość długo umieć sobie radzić w parlamencie i mogą być łatwo rozgrywani przez starych wyjadaczy. Dlatego do wszystkich tych projektów podszedłem dość sceptycznie, wolałbym aby nowe otwarcia odbywały się raczej przez rekonfiguracje istniejących bytów, a nie projekty zbudowane od zera.
Co dalej.. Pis ma niewielką większość, bodajże pięciu posłów. Sytuacja przypomina więc mocno rząd Millera – balansowanie na granicy, a jedynego potencjalnego koalicjanta strach i wstyd nawet kijem dotykać (kiedyś Lepper, teraz Kukiz). Może Kaczyński próbować rządzić samodzielnie. Ma to jednak pewne wady. Nie może nikogo wyrzucić z partii, bo większość słabiutka. Musi liczyć się z Szydłową, bo to w sumie ona wygrała wybory, a nie on, bo to ona ma człowieka w Belwederze, no i dlatego, że konflikt łatwo może doprowadzić do utraty tej większości. A potencjał przyszłej premier jest większy niż dawnych rebeliantów - bo ona wygrała wybory, bo wyrwana PO centroprawica poprze raczej ją, a to dość liczny elektorat, bo brak jest w tej niszy jakiejkolwiek konkurencji poza PSLem (który jednak nie wychodzi poza wójtów i sołtysów z rodzinami). Kolejnym słabym punktem jest to, że Kaczyński musi się liczyć z gowinistami. Bez tych ludzi straci większość, a nie są oni zupełnie pewni. Mogą prezesa porzucić tak samo jak Tuska.
Jakoś idzie to kompensować przez wymontowywanie innych posłów. Coś da się wyrwać Kukizowi, ale nie aż tak dużo, zresztą przepływ może zachodzić w dwie strony, kolibrzy i narodowcy mogą urwać kogoś Kaczyńskiemu. Ponadto materiał ludzki w ten sposób pozyskany może być cokolwiek niskiej jakości. Do tego na charakteropatię prezesa zawsze można liczyć, PiS nie bez powodu miał w przeszłości chyba największą liczbę rozłamów wśród liczących się partii, więc takie wymontowywanie co najwyżej kompensowałoby naturalne ubytki.
Opcja druga to koalicja. Potencjalny partner jest tylko jeden – Kukiz. Zalety są oczywiste – prezes może wywalać z partii kogo tylko chce, łatwiej weźmie pod but Szydłową, łatwiej będzie konsumować przystawkę. Są i wady – trzeba dać coś ludziom równie głupim jak towarzystwo od Leppera, a dużo mniej przewidywalnym. Lub też równie cwanym, a dużo bardziej inteligentnym. A w obu przypadkach zapewne mocno kontrowersyjnym. Wyobraźmy sobie: Minister Edukacji Narodowej, Piotr Liroy Marzec. Ten scenariusz może jest lekką przesadą, ale coś w tym stylu łatwo się może przy układach z Kukiem urodzić. A kompromitacja spadnie na całą koalicję.
Z tych względów osobiście wątpię aby udało się prezesowi uciągnąć całą kadencję. Nie udało się to wspomnianemu już Millerowi, człowiekowi, który przy podobnym braku wyobraźni był jednak dużo mniej radykalny i konfliktowy. Kaczyński moim zdaniem porządzi jeszcze krócej.
Co z wielkimi przegranymi.. ZL ma problem. A właściwie SLD ma problem, bo TR się kończy, UP jest bytem w sumie wirtualnym, a Zieloni i PPS to stabilny plankton, który do funkcjonowania poza sejmem przywykł. Nie ma już złudzeń, że obecna formuła się wyczerpała i czas na zmianę przywództwa. Miller raz już sprowadził SLD z pozycji głównego rozgrywającego w polskiej polityce do sejmowego karła. Z partii wyleciał, zostali jednak jego ludzie, którzy po jakimś czasie przywrócili go na stołek. Tym razem wyprowadził partię poza parlament. Co teraz SLD może zrobić.. Bez głębokiej czystki, wręcz nocy długich noży się nie obejdzie. I to nie tylko chodzi o millerowską wierchuszkę. Czystka musi zejść niżej, w końcu ten układ kierowniczy sam się nie wybrał. Częściowo problem może sam się rozwiązać. Ludzie z pędem do korytka w jakimś stopniu sami się wyniosą, gdy korytka zabraknie. Inni zaczną kalkulować, czy aby postawili na dobrego konia. Może się to jednak nie udać.
Jest też inna opcja – masowy bunt struktur, które wyjdą i zgarniając różnych Biało-Czerwonych, Wiry i SDPLe stworzą jakąś nową formację. SLD wtedy szybko zejdzie z tego świata. Opcja jest realniejsza niż przeszłości, bo wyjście niczym już nie grozi, partia przestała zapewniać nawet namiastkę utrzymania się w polityce. Jeśli zaś i to nie odpali to jakieś rekonfiguracje poza SLD mogą nową centrolewicę wykreować. Jakichś tendencji zjednoczeniowych pomiędzy BC, WiR, SDPL, być może PD, Zielonymi, ewentualnie być może PPS oczekiwałbym w całkiem niedalekiej przyszłości.
Zwrot PO w lewo nie stanowi już dla tych procesów żadnego problemu, jest zbyt sztuczny i nieprzekonujący. Zagrożenie może być inne - .Nowoczesna może zechcieć wepchać się w tą niszę. Na razie koncentruje się na „centrowym centrum”, ale tu wiele może nie ugrać, bo to dość wąski elektorat. Centroprawica niedługo może być do wzięcia, gdy przyjdzie rozczarowanie PiSem, ale może się tu wryć ktoś inny. Centrolewica jest wolna już teraz, ale za jakiś czas niekoniecznie, co może kusić. Pewne sygnały takiego zwrotu zresztą już wystąpiły, gdy .N zaczęła przebąkiwać o świeckiej szkole, co wywołało atak zagrożonego wchodzeniem na ich poletko ZL. Petru bardzo łatwo może wskoczyć w buty Palikota, i jeśli go nie poniesie to nawet odnieść na tej niwie dużo trwalszy sukces.
Co z przegrano-wygranymi (poza sejmem, ale dotacja).. Najlepszy wynik Korwina w historii. Aż żałuję, że nie wszedł. Podebrałby trochę głosów Kaczyńskiemu, wpychając go w czułe ramiona Kukiza (pamiętamy – Piotr Liroy Marzec, Minister Edukacji Narodowej..), przez co ten cyrk krócej by trwał. Osiągnąć więcej jednak nie jest w stanie, elektorat za szybko dorasta. Opieranie sukcesu na nierozprawiczonych programistach PHP ma krótkie nogi - w końcu się rozprawiczą, może nawet przesiądą na jakiś poważny język programowania i stracą zainteresowanie głupotami.
O Razem nie ma wiele do dodania. Dobry wynik po tym jak Zandberg w debacie sprawiał wrażenie, że wie co mówi, świadczy tylko o kiepskiej kondycji ZL. Jakąś rolę mogą odegrać w lewicowych rekonfiguracjach, ale raczej jako przystawka. Są zbyt skrajni jak na ten kraj, aby stać się samoistną siłą polityczną.
Pytanie, którego nie sposób nie postawić – a co z PO? Kopaczowa chyba jest już na aucie. Pytanie kto ją może zastąpić. Schetyna to wybór równie zły, albo i gorszy. Tusk go odsunął nie bez powodu, nazwisko chłopa się przewijało w dziwnie dużej liczbie afer. Do tego dochodzi brak charyzmy, gość z kilometra wygląda jak podrzędny kombinator. A i opozycja w partii może okazać się zbyt duża. Nie zdziwiłbym się gdyby po prostu doszło do rozpadu. Albo może schetynowcy przejdą do Kukiza/Petru/Gowina. Niemniej nawet wtedy jakaś zmiana przywództwa jest niezbędna, inaczej partię szlag trafi. Zwłaszcza jeśli .N okaże się sensownym projektem, wtedy PO zostanie roztarte między Petru a jakąś nową lewicą.
Wnioski ogólne – generalnie nie jest tak źle jakby się mogło wydawać. PiS przeżyjemy, kolejny raz się skompromituje, i będziemy mieć kolejne osiem lub więcej lat spokoju. Obwoźny burdel na kółkach Kukiza się rozleci, a sam rzeczony przepadnie. Jak się elektoratowi obiecuje wszystko roz..kopulować to elektorat podatny na takie hasła po nieuniknionym ich niezrealizowaniu się rozpierzchnie, może skupiając się wokół innego wariata.
W głównym nurcie zajdą intensywne przekształcenia. Zresztą już się zaczęły. III RP wróci szybciej niż myślimy. Nie wiem skąd będzie premier po kolejnych wyborach (gdzieś między 2016 a 2018), ale raczej spomiędzy tych, którym bliżej do Michnika niż Rydzyka, a PiS wróci na swoje dwadzieścia parę procent.
Jest tylko jeden zgrzyt. Struktura wiekowa tej obecnej prawicowo-oszołomskiej leworucji. Po raz pierwszy takie klimaty zdobyły duże poparcie wśród młodych. Kiedyś przedział 20-30 lat łapał się na zielone wyspy, lewicowy liberalizm Palikowa, był optymistyczny i pozytywnie nastawiony. Dziś ta kategoria wiekowa łapie się na walki z układem i roz..kopulowanie systemu. No ale to inna generacja, dorastająca w kryzysie, bardziej pesymistyczna, agresywna i zagubiona. Palikot obiecywał wolność, równość i tolerancję. Kukiz roz..kopulowanie wszystkiego, żeby nie było niczego. Ot, nowy Kononowicz. Jeśli ten trend się utrzyma to zmierzamy w naprawdę niesympatycznym kierunku. Oczywiście nie musi tak być. Po pierwsze, hormony opadną, a towarzystwo w jakimś stopniu zmądrzeje, zwłaszcza gdy naocznie zobaczy skutki swoich wyborów. Po drugie kryzys się kończy a rośnie kolejne pokolenie, które będzie bardziej optymistyczne i pozytywne, i będzie się nabierać na Palikotów a nie Kukizów. Czego sobie i wszystkim życzę.

© Słońce Podkarpacia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci